Troll jaki jest
Twórca
pierwszej polskiej encyklopedii, Benedykt
Chmielowski przeszedł do historii za sprawą
jednego tylko zdania. O ile bowiem jego dzieło
"Nowe Ateny" niespecjalnie zostało zapamiętane,
o tyle pochodząca z książki definicja konia
zrobiła zawrotną karierę. "Koń jaki jest każdy
widzi" przeszło do mowy potocznej i cytowane
jest wyjątkowo obficie. Jedni naśmiewają się
z prymitywnej definicji (jak chcesz wiedzieć, to
idź sobie popatrz), inni podziwiają błyskotliwy,
choć nieco rąbany styl w jakim autor poradził
sobie z trudnym hasłem. Po ćwierci tysiąclecia
nie dojdziemy już skąd wzięło się takie a
nie inne brzmienie encyklopedycznej notki. Ale
pewne tropy pojawiły się w Internecie.
W Internecie problemy z definicjami zdarzają się
co chwila, ostatnio zaś jak tajfun nawiedził
globalną sieć problem trolla. Choć zjawisko
trollingu (działań osobników, którzy publikują
treści obliczone na zdenerwowanie innych, obrażenie
ich i wywołanie negatywnych emocji) jest tak
stare jak Internet, tak naprawdę każdy z nas ma
własną, prywatną definicję. Mało tego -
dla jednych troll jest nieszkodliwym wariatem,
dla innych jednostką godną zamknięcia w co
najmniej tymczasowym areszcie. Trollem nazwany
został jeden z weteranów polskich dyskusji
sieciowych - Arnold Buzdygan, na dodatek określenie
to padło w największym na świecie wirtualnym
przedsięwzięciu encyklopedycznym - Wikipedii.
Arnold B. zażądał odszkodowania, przeprosin
oraz zamknięcia internetowej encyklopedii na
czas procesu.
Proszę się nie śmiać - takie karne wyłączenie
zdarzyło się ostatnio w Niemczech - Wikipedia
(za sprawą nakazu sądowego) miesiąc temu zniknęła
tam na niemal trzy dni. Lewicowy polityk, Lutz
Hellmann poczuł się bowiem urażony notką na własny
temat. O ile jednak Niemiec pozwał autorów hasła,
o tyle jego polski odpowiednik za cel wybrał
sobie stowarzyszenie "Wikimedia Polska" które
nie zajmuje się redagowaniem Wikimedii, lecz
jedynie jej finansowym wsparciem. Sąd we Wrocławiu,
przed którym trwa sprawa z powództwa Buzdygana
ma więc podwójny orzech do zgryzienia. Nie
tylko musi poradzić sobie z odpowiedzią na
pytanie kto tak naprawdę jest odpowiedzialny za
treści publikowane w ramach społecznościowej
encyklopedii, ale także - i to dopiero jest
problem - czy określenie "troll" jest w ogóle
obraźliwe. No a jeśli tak - to czy faktycznie
powód takim trollem jest.
Z obelgami klasycznymi (świnia, koza, owca,
wielbłąd, karaluch) - nie ma żadnego kłopotu,
są wyroki albo na tak, albo na nie, mało tego
- można odwołać się do z grubsza
definiowanych w społecznym obiegu pojęć.
Niestety - troll jest stworzeniem mitycznym i w
chorzowskim ZOO nie mają ani jednego
egzemplarza. Oraz - jako się rzekło -
trolla każdy definiuje po swojemu, co bardzo
wyraźnie widać w sieci. Działa tam zresztą cała
rzesza trolli, którzy nawet nie wiedzą, że
trollami są. Szykuje się więc niezła zabawa
kiedy biegli sądowi zajmą się z całą należną
powagą studiowaniem baśni skandynawskich albo
lekturą "Harrego Pottera" by sprawiedliwości
stało się zadość. Ale ile byśmy się nie śmiali,
trzeba wyraźnie powiedzieć, że w wielu
przypadkach Internet przypomina ciśnieniowy
garnek w którym zepsuł się zawór wypuszczający
nadmiar pary. Znacznie lepiej byłoby, gdyby sądy
powszechnie nie były sprowadzane do roli takich
zaworów, zaś całą sprawę można było załatwić
bez wychodzenia z sieci - za sprawą
administratorów, moderatorów czy jeszcze innych
orów, którzy w przyszłości uregulują lwią
część podobnych do opisywanego problemów.
Zarówno przypadek Chmielowskiego, jak i sądowe
perturbacje współczesnych twórców
encyklopedii dowodzą, że pisanie haseł to ciężki
kawałek chleba. Ale nie ulega wątpliwości, że
wyśmiewany osiemnastowieczny autor swój rozum
miał, może więc warto czasem pójść w jego
ślady. Zamiast opisywać wredne cechy tego czy
owego należałoby raczej napisać ogólnie:
Arnold Buzdygan (Lutz Hellmann względnie dowolny
inny polityk, działacz samorządowy, poseł,
radny) jaki jest - każdy widzi. I niech wtedy
spróbują kogoś pozwać.
Burza o psa
Był
rok 1936 kiedy na potrzeby agencji reklamowej
Alex Osborne stworzył nową metodę
rozwiązywania problemów. Zadaniem grupy osób
jest - według tej koncepcji - stworzenie
maksymalnej liczby różnych pomysłów przy
jednoczesnym zakazie krytykowania ich oraz braku
ograniczeń co do logicznego sensu każdego z
proponowanych rozwiązań. Z ilości - po jakimś
czasie - wyłania się jakość w postaci gotowej
recepty. Od tego czasu burza mózgów sprawdziła
się w wielu przeróżnych sytuacjach, stosowano
ją z powodzeniem na wszystkich kontynentach i
trzeba było dopiero powstania Internetu, by w
zakurzony nieco pomysł tchnąć nowego ducha. Bo
wspólna praca nad jedną koncepcją nigdzie tak
dobrze się nie sprawdza jak w globalnej sieci.
Jak zwykle na początku był pomysł. Użytkownik
pewnego forum dyskusyjnego wymyślił mianowicie
sposób zarabiania pieniędzy - chciał
komercyjnie wyprowadzać psy na spacer. Według
jego założenia godzina biegania z czworonogiem
kosztować miała złotówkę, ale (ponieważ nie
był pewny swoich kalkulacji) poddał całą
sprawę pod publiczną debatę. No i zaczęło
się. Najpierw poddano w wątpliwość cennik:
ktoś obliczył (spryciarz), że 8 godzin
biegania non stop z wywieszonym ozorem - psów i
własnym - daje zarobek jedynie w wysokości 8
złotych. Dodatkowo uznano, że praca jest
ciężka (się biega) oraz ryzykowna (się jest
pogryzionym). Głosy oburzenia zaniżaniem
wynagrodzenia próbował zrównoważyć człowiek
znający rynek: stwierdził on mianowicie, iż
właściciele wolą wypuścić psa samego, niż
dać 2 złote za godzinę, w związku z czym
złotówkowa cena jest całkowicie w porządku.
Kontrowersje wzbudził też sposób rozliczania -
ktoś zasugerował, że zamiast złotówki lepiej
brać butelkę piwa. Inna osoba zaproponowała
lepszy biznes: porywamy psa dla okupu i za zwrot
żądamy 100 złotych. W przypadku zerwania
negocjacji zwierzak miał być sprzedany do
jakiegoś miejsca nazywanego China Town, ale
koncepcja ta (jako nielegalna) została
odrzucona. Kolejny dyskutant zaproponował coś,
co w świecie marketingu nazywane jest
dywersyfikacją oferty czyli: za złotówę
szybkie siusiu, 2 złote - krótka trasa, aby
piesek zrobił wszystko co trzeba, za 5 spacer w
miejsce gdzie może się wybiegać. Dodatkowym
atutem pomysłu był krótki czas realizacji
usług najtańszych. Do głosu doszły także
środowiska obrońców zwierząt - stwierdzono,
iż taka usługa to maltretowanie czworonogów
zmuszanych do latania bez sensu.
Później dobrano się do pomysłodawcy, który
pechowo podpisywał się pseudonimem
"zdechlak". Jedni powątpiewali czy
taki zdechlak da radę godzinami biegać z psami,
inni bronili go twierdząc że może to jakiś
rodzimy Forest Gump, który uwielbia jogging -
najlepiej na tysiąckilometrowych trasach.
Znalazł się pewniak (chyba posiadacz charta)
który stwierdził, że biegu z jego psem nikt
nie wytrzyma. Następnie energia kreatywności
rozlała się po okolicy - zaczęto wymyślać
kolejne sposoby zarabiania. Jako że w najlepsze
trwała zima ktoś zaproponował lepienie
bałwanów za pieniądze, później -
znieważanie konkretnych osób poprzez
wypisywanie na śniegu stosownych haseł.
Rzec można, że była to burza mózgów w
szklance wody, ale nie ulega wątpliwości, że
temat rozpracowany został szczegółowo i
rozebrany na czynniki pierwsze. Przewidziano
wszystkie możliwości - jak w koncepcji
Osborne'a - bez specjalnego przejmowania się
logiką, choć z kreatywnego chaosu coś się
jednak wyłoniło. Autor wątku nie napisał, czy
usługę wprowadził w życie, czy ewentualne
przedsięwzięcie opłaciło się, no i co na to
wszystko psy. Z braku odpowiednich danych
felieton ten został przeczytany psu. Pies
zamyślił się głęboko, spojrzał niżej
podpisanemu w oczy i spytał po angielsku (w
końcu to język marketingu) - how? No właśnie
- ciągle nie wiadomo za ile. Dlatego został
wyprowadzony zupełnie za darmo.
Pociąg do Mławy
Na
dworcu kolejowym w Ciechanowie pracowała onegdaj
przesympatyczna kasjerka. Zapytana o to czy
jakiś pociąg jedzie przez Mławę odpowiadała
z dumą - jedzie. Owszem, jechał - tyle że z
prędkością 120 kilometrów na godzinę. Kiedy
nieszczęsnego pasażera po kilku dniach los
rzucił znów w stronę tego samego dworca w
Ciechanowie i tej samej kasjerki, zadał pytanie
o to, dlaczego został wprowadzony w błąd. -
Pan pytał czy jedzie, a nie czy się zatrzymuje
- odparła kolejarka używając żelaznej jak
szyna logiki. Sytuacja kolei między Ciechanowem
i Mławą przypomina nieco realizację punktu z
ustawy o internetowym Biuletynie Informacji
Publicznej.
W ustawie zapisano bowiem jak byk, iż system
teleinformatyczny Biuletynu koniecznie musi
zawierać w sobie wyszukiwarkę. Tak więc BIP-y
Urzędu Miejskiego w Tarnowskich Górach oraz
tarnogórskiego Starostwa owszem - zawierają.
Nawet więcej niż jedną, bo obie instytucje z
czasem zarchiwizowały sobie tak zwane zasoby i
mają teraz BIP stary i BIP nowy. Archiwalny
system Urzędu Miejskiego kusi przyciskiem
"szukaj" - wpisujemy więc do okienka
frazę, której zabraknąć na witrynie nie może
- "protokół z posiedzenia". Bingo!
Znaleziono 285 stron odpowiadających kryteriom.
Jeżeli szukacz naiwniak wybierze jednak
którykolwiek z wyników system automatycznie
przekieruje go na stronę główną archiwalnego
BIP-u i będzie mógł powtarzać proces szukania
aż do śmierci. Jak w tej zabawce dla idioty:
kartce papieru z napisem po obu stronach
"odwróć karteczkę".
Może w drugiej, aktualnej wersji jest dobrze?
Nie jest, bo wpisanie tego samego wyrażenia nie
wyświetla jakichkolwiek wyników: zero czyli
nic. System łapie o co chodzi dopiero kiedy
wpiszemy samo słowo "protokół"
ponieważ nazwy rozpoznaje tak, jak gdyby były
jednym (w tradycyjnych wyszukiwarkach oznaczonym
cudzysłowem) wyrażeniem. Jak ktoś nie użyje
frazy "Protokół Nr 37/2008 z
posiedzenia" to nie zajdzie.
Kiedy wpisać jakiekolwiek szukane słowo w
archiwalnym BIP-ie Starostwa, system zamyśla
się egzystencjalnie jak Jean - Paul Sartre - na
kilka godzin. Co dzieje się później - nie
wiadomo, bo nikt nie ma tyle czasu, żeby to
sprawdzić. Na wszelki wypadek przycisk
"wyszukiwania zaawansowanego" jest
kompletnie nieczynny. Nowemu idzie niewiele
lepiej, bo - jego zdaniem - wyrażenia
"protokół z posiedzenia" po prostu
nie ma. Jeśli jednak (korzystając z bogatych
doświadczeń zdobytych na stronie
tarnogórskiego Urzędu Miejskiego) wpiszemy samo
słowo "protokół" otwiera się
bogactwo możliwości. Dopiero teraz w pełni
zrozumieć można dlaczego szukanie (szukajcie a
znajdziecie) jest biblijną cnotą - uczy
cierpliwości, wyrozumiałości, a nade wszystko
pokory wobec urzędniczo - informatycznego
wytworu jakiegoś współczesnego doktora
Frankensteina.
Można się tłumaczyć tym, że w innych
urzędach podobne systemy wcale nie działają
lepiej. Można się tłumaczyć, że przecież na
potrzeby wyszukiwania (tego prawdziwego, w
prawdziwych sieciowych wyszukiwarkach) pracują
olbrzymie i wyrafinowane systemy, które nijak
mają się do możliwości lokalnego urzędu.
Można się tłumaczyć, że "działało,
ale padło", ponieważ papier cierpliwy jest
jak mało co innego. Ale jeśli mielibyśmy
załatwić tę sprawę raz na zawsze, tak żeby
już nikt nigdy się tego nie czepiał,
należałoby raczej zastosować zupełnie
nowatorskie, a pasujące do wspomnianej kasjerki
rozwiązanie. Trzeba zmienić zapis ustawy.
Proponowane brzmienie to: "system Biuletynu
Informacji Publicznej musi zawierać w sobie - ku
wygodzie użytkowników - wyszukiwarkę, ale
wyszukiwarka ta wcale nie musi działać." I
wtedy powie się uczciwie: - pan pytał czy jest,
a nie czy działa. Jak w Ciechanowie.
Do przerwy 0 : 1
Za
sprawą batona przez chwilę wydawało się, że
Internet swoją mocą reklamową przeskoczył
telewizję. Telewizja pokazała bowiem zamazany
do niemożliwości spot coś reklamujący oraz
informowała, że pełna wersja znajduje się na
jakimś www. Na www człowiek dowiadywał się
dopiero o co chodzi: o nagie batony pochłaniane
przez ochroniarza, który po zjedzeniu
energetycznej czekolady może zrobić porządek z
kibicami - naturystami. Branżowe portale
poświęcone sieciowej reklamie odgwizdały wynik
1 : 0 dla Internetu. Niestety - czar prysł.
Zabieg okazał się być mimo wszystko
zwycięstwem telewizji, która po jakimś czasie
(jak reżyser budujący napięcie) dała prawie
całą nagość w komplecie.
Nie oznacza to oczywiście, że Internet -
pretendent do tytułu mistrza świata w reklamie
- cokolwiek stracił - po prostu po raz kolejny
marketingowy walec szklanego ekranu udowodnił
swoją wyższość. Ale przy okazji okazało
się, że sieć ma co coś, czego telewizja (oraz
prasa czy radio) z natury rzecz mieć nigdy nie
będzie - nieograniczoną pojemność. Bez
żadnej szkody można więc publikować w
Internecie nie limitowane niczym teksty
reklamowe; w końcu jeśli ktoś ich nie chce
czytać - to wcale nie musi. Jeśli jednak
znajdzie się amator takiej treści - będzie
miał dokładnie to, czego potrzebuje. Sieć daje
możliwość zabawy towarem: fan gier może sobie
posterować platformowo swoim proszkiem do
prania, a amator komórek wirtualnie zapoznać
się z obsługą nowego modelu telefonu.
Możliwości prezentacyjne są nieograniczone -
ruchomy obraz, animacja, mapka interaktywna i co
tam jeszcze ludzka pomysłowość jest w stanie z
siebie wyrzucić.
Pojemność Internetu powoduje, że stał się on
etatowym uzupełniaczem - jeśli jest konkurs, to
szczegóły znajdziecie Państwo na www.
Ogłoszono przetarg - proszę bardzo - tu są
ogólne warunki, ale projekty umów ulokowano na
www. Nawet osoby aplikujące na stanowiska pracy
przysyłając życiorys dodają nieśmiertelną
formułkę - więcej na www. Jeszcze chwila, a z
sejmowej trybuny usłyszymy: - zgłaszam sprzeciw
- wyjaśnienia na www. Tylko w przypadku
szkolnych dzienniczków on - line sytuacja jest
odwrotna: na www mamy raport z ocenami i
frekwencją, a później delikwent udziela
wyjaśnień na żywo.
Sieć ma jeszcze jedną ważną dla reklamy
cechę - jest społecznościowa. Telewizję
oglądają wszyscy i przy czynności tej trudno
wyodrębnić jakąś grupę kierującą się
innymi niż pozostali przekonaniami. Internet
może wyraźnie pogrupować zwolenników
kultowych reklamówek z udziałem kabaretu,
którzy z własnej, nieprzymuszonej (tak, tak)
woli kolekcjonują kolejne komercyjne produkcje.
Może skupić wokół witryny zwolenników jednej
marki lub przeciwników innej. Może
zagwarantować kontakt w przypadku pojawienia
się nowej oferty oraz sto innych rzeczy nie
będących udziałem starych mediów. Mecz
mediów tak naprawdę nie istnieje, bo każde z
nich gra w zupełnie innej lidze: każde jest
potrzebne i każde jest inne. A gdyby ktoś miał
jakieś wątpliwości, to szczegóły są na www.
Matryca
-
Nasze życie jest sztuczną projekcją, wszystko
co dzieje się wokół nas jest wymyślone,
zaprojektowane i stanowi jedynie nie związaną z
rzeczywistością fikcyjną pożywkę dla umysłu
- taka jest (w największym skrócie) idea
filmów spod znaku "Matrix". Choć film
pobił rekordy popularności w wielu krajach, w
Polsce obejrzeliśmy go, pokiwaliśmy głowami i
przeszliśmy nad pomysłem do porządku
dziennego. Być może dlatego, że w konkurencji
projektowania sztucznych światów mamy znacznie
większe doświadczenie niż inne narody.
W końcu to u nas - jeszcze w epoce romantyzmu -
powstał twór oznaczony tajemniczą liczbą 44,
która jak się ostatnio okazało oznacza
najnowszego prezydenta USA. To u nas istniały
alternatywne dla zaborczych czy okupacyjnych -
własne państwa, równoległa kultura i sztuka
oraz byt wyznaczany porozumiewawczym mrugnięciem
powieki. Od stuleci zawsze są jacyś
"oni" - żyjący w jednej fikcji i
"my" - posiadający własną. Nie
wiedzieć dlaczego wysoki poziom patriotyzmu we
krwi wyznaczany jest częściej przymocowaniem
barw narodowych do samochodu w czasie meczu
piłkarskiego organizowanego przez skorumpowane
środowiska (i z reguły przegranego) niż
zwykłą flagą w oknie.
Najważniejszym jednak dowodem na istnienie
sztucznych światów są internetowe komentarze
przeróżnych wiadomości. Jeśli tylko
wiadomość zawiera w sobie element konfrontacji
dwóch narodów możemy się bez większego
ryzyka spodziewać tekstu w stylu: - Polacy,
jestem Węgrem (Rumunem, Białorusinem,
Rosjaninem, Niemcem * niepotrzebne skreślić)
dziwię się waszemu podejściu - po czym
następuje poważna krytyka jakiegoś aspektu tak
zwanego polskiego myślenia. Rzecz jasna autor
wpisu wychodzi z założenia, że wymienione
kraje przepełnione są polskimi Windowsami,
klawiatury obsługują polską stronę kodową,
zaś każdy statystyczny obywatel Rumunii potrafi
budować w języku Mickiewicza piękne zdania
podrzędnie złożone. Zdarzają się oczywiście
podróbki bardziej wyrafinowane, z wtrąconymi
rusycyzmami czy brakiem znaków narodowych, nie
zmienia to jednak faktu, że nawet wrogów
potrafimy sobie sprokurować sami. Pod wpisem
pojawiają się później teksty: racjonalne i
nieracjonalne: przypominające kulturkampf albo
zsyłki, najazdy tatarskie albo potop szwedzki, z
nalepką patriotyczną albo szowinistyczną. Po
kilku godzinach od rozpoczęcia dyskusji mamy
już taki matrix o jakim się braciom Wachowskim
nigdy w życiu nie przyśni.
Niewykluczone oczywiście, że wśród
komentatorów zdarzają się czasem prawdziwi
Rosjanie czy Irakijczycy do cna nienawidzący
wszystkiego co polskie, jednakowoż nie zmienia
to faktu, że tak naprawdę Internet bardzo mocno
przypomina zwyczajną, poczciwą lornetkę. W
zależności od tego do której strony
przyłożymy źrenicę oka - możemy zobaczyć
wynaturzony, zmniejszony lub zwiększony świat
alternatywny. Belkę w cudzym oku i brak
źdźbła we własnym. Na szczęście sieć
także zbliża i z Internetu można dowiedzieć
się również o londyńskiej, rozpoczynającej
się za tydzień wystawie tarnogórskiej malarki
Anny Osadnik. Może dziwny świat Osy - pełen
wysmakowanych kotów, smoków, łosi jest jednak
prawdziwszy od niektórych matrixów.
Czerwona linia
Klasyk
stwierdził onegdaj, że rozsądek od szaleństwa
oddziela jedynie cienka czerwona linia. O ile
kolor owej linii problemu nie stanowi, o tyle
często - zarówno w życiu zwanym realem, jak i
w świecie Internetu - możemy mieć bardzo
poważny kłopot z grubością granicy oraz jej
przebiegiem. Czasem nie jesteśmy w stanie
stwierdzić, czy konkretna osoba lub jakieś
zjawisko jest przed czy za linią oddzielającą
nas od szaleństwa.
Tak zwana rodzina Adamsów z Koszęcina w ciągu
jednego tygodnia przeskoczyła medialnie wszystko
to, co miejscowości udało się uzyskać przez
długie stulecia: w kąt poszedł zespół
"Śląsk" i zabytkowy kościółek z
internetowymi transmisjami mszy. Jeden portal po
drugim spieszył, by opowiedzieć o człowieku
prowadzącym stronę poświęconą nekrofilii.
Wirtualna Polska stwierdziła, że na witrynie
"zamieszcza szokujące opisy i zdjęcia
stosunków seksualnych ze zmarłymi",
kolejne portale pokusiły się o wywiad z
koszęcińskim celebrytem okraszając go
tytułami publikowanych na jego stronie
opowiadań - "Orgazm z trupem" czy
"Seks z martwym facetem". Nie
zapomniano dodać, że lokalna społeczność
brzydzi się sąsiedztwa pana Adamsa i
najchętniej wygnałaby go gdzieś poza granice
administracyjne.
Równolegle trwały sieciowe i prasowe dyskusje o
kolejnym użytkowniku Internetu - człowieku,
który świadomie narażał innych na zarażenie
wirusem HIV. Wszystkie - co do jednej - ofiary
poznał za pośrednictwem sieci: także
piętnastolatkę - uciekinierkę z domu.
Tożsamość potencjalnych poszkodowanych policja
ustala dziś na podstawie danych znalezionych w
komputerze sprawcy. Nielegalna pornografia,
oszustwa czy dewiacja zamieniająca człowieka w
twór humanoidopodobny co jakiś czas wyciągają
Internet na czołówki gazet, wywołują słuszne
przerażenie, dyskusje i wątpliwości.
Może warto więc czasem spojrzeć na globalną
sieć nie jak na plątaninę różnych
przewodów, procesorów i przestrzeni dyskowej,
lecz jak na narzędzie. Narzędzie w istocie
swojej podobne do młotka, przy pomocy którego
można zrobić mnóstwo pożytecznych rzeczy:
podzelować obuwie, stworzyć piękną rzeźbę,
naprawić zepsute urządzenie. Młotkiem jednak
można także zabić. Internet rzecz jasna jest
bez porównania bardziej skomplikowany i składa
się z większej liczby części niż trzonek i
obuch - lecz to jednak tylko narzędzie.
Narzędziami posługują się ludzie o dobrych
intencjach oraz ci, którzy mają złe zamiary.
Ciemna strona sieci kontratakuje bez ustanku
czasem więc warto zadać pytanie, dlaczego -
choć nigdy, przenigdy nie zostawimy małego
dziecka w towarzystwie leżącego na stole
pudełka zapałek (bo to niebezpieczne) nie mamy
nic przeciwko temu, by to samo dziecko
bezkrytycznie wędrowało przy pomocy wirtualnego
narzędzia.
Sieć jest narzędziem, które najtrudniej
wyrwać z dłoni szaleńca. Jest medium, w
którym łatwo o opinie typu "nie widzę nic
złego w takim czy innym zachowaniu",
"ta strona nie zawiera niczego
szczególnego". I może właśnie dlatego
ciągle nie wiemy gdzie przebiega ta czerwona
linia oddzielająca rozsądek od szaleństwa.
Taka fryzura
Fryzury
dzielą się podobno na wymodelowane, średnio
wymodelowane oraz kreatywne. Pod pojęciem
kreatywności często kryje się najzwyklejsze w
świecie rozczochranie gdzie każdy włos idzie w
swoją, odmienną stronę, zaś całość sprawia
wrażenie idealnego chaosu. Gdyby porównać
Internet do któregoś z typów fryzur bez
wątpienia otrzymalibyśmy najwyższy stan
rozczochrania. Mechanizm ten (obecny we
wszystkich zakątkach świata) najłatwiej chyba
omówić na przykładzie tarnogórskiego
Manfreda.
Mimo młodego wieku Manfredowi udało się
onegdaj stworzyć bardzo przyzwoitą stronę o
nazwie "Tarnowskie Góry - miasto
gwarków". Pomieszczono na witrynie kilka
artykułów historycznych ilustrowanych
zdjęciami, opisano herb i walory miasta,
zrobiono odpowiednie listy zabytków - jednym
słowem sprawa przedstawiała się całkiem
przyjemnie oraz rozwojowo. Po jakimś czasie
rozwój nastąpił za sprawą hiperłącza
wiodącego do kolejnej strony (tym razem o nazwie
"Tarnowskie Góry") - także autorstwa
Manfreda.
Pomieszczono na witrynie kilka artykułów
historycznych ilustrowanych zdjęciami, opisano
herb i walory miasta, zrobiono odpowiednie listy
zabytków - jednym słowem sprawa przedstawiała
się całkiem przyjemnie oraz rozwojowo. Po
jakimś czasie rozwój nastąpił za sprawą
hiperłącza wiodącego do kolejnej strony -
także autorstwa Manfreda. Jak było do
przewidzenia - strona zawiera kilka artykułów
historycznych i tak dalej, i tak dalej. Aby móc
wyciągnąć stosowne wnioski posłużono się w
sprawie Manfreda wywiadem środowiskowym, ten
zaś prowadzi do następujących wniosków.
Wniosek pierwszy: być może autora stron w
Sempie przycisnęli i zamiast zajmować się
Internetem musi zając się biologią i fizyką.
Wniosek drugi: być może rozwój (po
załatwieniu biologii i fizyki) jednak nastąpi i
światowa sieć teleinformatyczna otrzyma czwarte
dzieło Manfreda, możliwe też jest, że
któreś z dzieł poprzednich zostanie poważniej
uzupełnione oraz rozwinie szerzej skrzydła.
Póki co jednak wspomniane strony straszą.
Pierwsza - potworną objętością sprawiającą,
iż witryna ładuje się wolno, zdjęciami
podprowadzonymi to tu, to tam choć przecież
można zrobić własne. Druga - prezentowaniem na
najważniejszym miejscu rozkładu jazdy corocznej
imprezy "Gwarki", choć - jak wiadomo -
nie ma już co prezentować, bo impreza
przebrzmiała i odpłynęła w historyczną
otchłań. Trzecia - zachętą autora do
przysyłania tekstów, bo czego jak czego, ale
żądania od innych pracowitości nie da się
wyegzekwować bez pokazania własnej. No i
niestety - wtórnością wykorzystanych w
realizacji pomysłów.
Niniejszy tekst nie stanowi krytyki Manfreda:
nikt nie powiedział, że Manfred jest dobry albo
zły. Manfred po prostu jest - i dobrze, że
jest. Na pewno u wyżej wymienionego z czasem
zauważyć się dało znaczny postęp jeśli
chodzi umiejętność wykorzystania domen,
serwerów, blogów, budowania stron, tworzenia
ich zawartości, promowania własnej pracy. Mało
tego - Manfred na swój rozczochrany sposób jest
sympatyczny. Stanowi też wzorcową jednostkę
budującą nasz nieograniczony w swojej
objętości, różnorodności i w swoim
rozczochraniu Internet. Bo Internet to po prostu
jeden Manfred do nie wiadomo której potęgi.
Wywiad z kasicąąą
Jeśli
ktoś nie wie kto to jest kasicaaa - nie wie o
tarnogórskim Internecie nic. Mailowy wywiad z
moderatorką najpopularniejszego forum
dyskusyjnego o mieście przekładany był
wielokrotnie na wniosek obu stron. Ale wreszcie
jest.
Czy ktoś ostatnio dzwonił?
Ostatnio jeden z panów na świeczniku, dyrektor
Parku Wodnego. Prosił żeby wyciąć cały
wątek o nim, bo chociaż co prawda spadł na
bardzo dalekie pozycje i ludzkość internetowa o
nim zapomniała, kiedy wpisze się jego nazwisko
w Google, to akurat ten wątek się pechowo
pokazuje na pierwszym miejscu. Wyznał też, że
jako szef prywatnej firmy, jest przecież osobą
prywatną a nie publiczną i omawiać jego
przypadku na forum nie należy. Wolałam nie
dyskutować na temat stosunków własnościowych
w AIG.
A pan Wilk nie dzwonił? Sporo można było o nim
przeczytać... No i pan Chmiel też niejedno
usłyszał.
Pan Wilk nie dzwonił :) I nawet nie pisał.
Odgryzał się samodzielnie na forum. I chwała
mu za to. Za to pan Chmiel i owszem. Nieźle mu
się oberwało, było parę wypowiedzi dużo
poniżej średniej. I w ogóle poniżej
wszystkiego - niektórzy forumowicze są bardzo
dobrze poinformowali, to aż fascynujące.
Wywlekali sprawy mocno prywatne, padło też
parę pomówień i gróźb. Ale przecież posty,
które naruszają prawo, regulamin czy netykietę
usuwam sama z siebie i naprawdę nie trzeba do
mnie aż w tej sprawie wydzwaniać.
Może dlatego tyle wiedzą, że załatwiają przy
pomocy Internetu własne, prywatne porachunki?
Na pewno - zwłaszcza na forum tarnogórskim,
które jest bardzo agresywne. Chyba to forma
terapii: jak cię wkurzy szef, albo za mało
zapłaci, kwiatka na dzień kobiet nie da,
ofuknie - najprościej jest ulżyć sobie na
forum. Ludziom się wydaje, że nikt ich tam nie
rozpozna, że mogą się wygadać bezkarnie.
Podobno w japońskich firmach są specjalne
wyciszone pokoje - a w niektórych stoją nawet
kukły wyobrażające szefów - i tam można
sobie ulżyć. U nas jest forum. Jeśli ktoś
czegoś chce, to niech napisze maila - nie lubię
mieszać sieci z realem. Bywały sytuacje na tyle
poważne, że jedna ze spraw trafiła do
prokuratury, "bohater" usiłował mnie
skłonić do udostępnienia mu skasowanych
postów (zresztą nie on jeden), a najlepiej
jeszcze danych ich autorów. Otóż mówię wszem
i wobec: nie ma takiej możliwości. Takie
informacje są przekazywane organom ścigania na
ich wniosek. Administratorzy społeczni nie mają
takich uprawnień i nie chcą ich mieć...
...a z drugiej strony administratorzy społeczni
wcale nie muszą kasować postów - ich
odpowiedzialność jest zerowa.
Oczywiście:) Po prostu pomagam administracji i
robię to z dobrej woli. I jeśli czegoś nie
usunę - to nikt nie może mieć pretensji.
Zresztą kasowanie to w ogóle sprawa bardzo
ciężka :) Obrywam od forumowiczów i wtedy,
kiedy coś poleci, i wtedy, kiedy nie poleci. na
forum jak w życiu: kiedy masz dwóch
dyskutantów, to od razu masz trzy różne
opinie.
Kiedy rzucisz tym moderowaniem o ścianę?
Mimo że odpowiedzialność aesów teoretycznie
jest zerowa i nikt nam nie płaci, to właśnie
my najbardziej obrywamy. Czego się już o sobie
nie naczytałam! O tym, żeby to rzucić w
cholerę, myślę co najmniej raz w tygodniu, jak
zadzwoni do mnie starosta to nie zdzierżę:)
Tylko najpierw muszę wyśledzić, skąd oni
wszyscy mają numer mojej komórki?
Odyseja
Choć
postać Odyseusza kojarzy się z antyczną
literaturą i bohaterstwem oraz - co tu dużo
mówić - zajeżdża spiżem, zasadniczy problem
herosa podobny jest w swojej istocie do przeżyć
drobnego pijaczka: strasznie dużo czasu zajmuje
mu powrót do domu. W cyberświecie drogi
wszelkich zjawisk także bywają pokrętne i aby
coś wróciło na swoje miejsce potrzeba często
wiele czasu. Prawu Odyseusza nie oparły się
nawet tak z pozoru stabilne twory jak internetowe
domeny. Nade wszystko zaś potrafią one
zaskoczyć bardziej niż Kirke i cyklop Polifem
razem wzięci.
Czego może spodziewać się człowiek wchodzący
na stronę tarngory.com? Pewnie jakiegoś serwisu
miejskiego związanego z grodem gwarków. Może,
ale się zawiedzie, bo wymieniona strona zawiera
w sobie przepis (w języku angielskim) na
sałatkę szpinakową z mango i papają.
Receptura może zresztą zabić każdego
komandosa ulicznej gastronomii ponieważ w
kreatywny sposób łączy musztardę z marmoladą
oraz olejem. Dla odmiany jeśli wybierzemy adres
akademiatarota.pl możemy zapoznać się z
kompleksową ofertą tarnogórskiego biura
podatkowego (księgi przychodów i rozchodów).
To przykłady skrajne, wynikające z
irracjonalnych wichrów, wirów i prądów.
Ale zdryfować można też z przyczyn
racjonalnych - jeżeli jakiś miłośnik ptactwa
ze szczególnym uwzględnieniem gwarków zacznie
używać logiki w konstruowaniu adresów www -
może się pomylić. Gdy użyje liczby mnogiej
trafi na nieźle wypozycjonowane, nader liczne
serwisy poświęcone wrześniowej, tarnogórskiej
imprezie masowej o której nigdy w życiu nie
słyszał. Z liczbą pojedynczą gwarka jest
jeszcze gorzej, bo najpierw jest jakaś gazeta o
tym tytule, potem klub sportowy z Gliwic,
następnie ustawia się w kolejce cały szereg
pensjonatów i spółdzielni - tylko ptaka jakoś
nie widać. Można zaryzykować twierdzenie, iż
ptaka nie ma, bo zabiła go komercja. Wędrówki
domen po dziwnych szlakach często spowodowane
są właśnie przez odwieczną ludzką chęć
zarobienia pieniędzy - choć gigantyczne sumy za
dobry adres bliższe są raczej greckim mitom
niż realnej praktyce życia gospodarczego.
Domenę - po pierwsze - łatwo bowiem zastąpić
inną: z użyciem myślnika, podkreślnika,
przedrostka czy skrótowca, bo wartość strony
nie wynika z samego adresu, lecz przede wszystkim
decyduje o niej zawartość poszukiwana przez
odwiedzających. Tak więc właściciel domeny
niegocin.com nadal będzie musiał wykazać
odyseuszowską cierpliwość i wszystko wskazuje
na to, że niewiele zarobi.
Po drugie - kombinatorstwo domenowe zbyt wiele
razy znalazło swój sprawiedliwy koniec w
sądzie, by wierzyć iż spekulacja adresem to
dobry pomysł na życie. Choć w większości
przypadków dziwna zawartość domen wynika z
zasady "kto pierwszy ten lepszy" i na
pewno powoduje sieciowe zamieszanie, trudno jest
wypracować metodę lepszą. W końcu jeśli
ktoś nazywa się Kaczyński nie można
pozbawiać go domeny, bo takie samo nazwisko nosi
prezydent. Jeśli zrozpaczony właściciel
atrakcyjnego (jego zdaniem) - adresu od wielu lat
nie znajduje nabywcy skłonnego zapłacić milion
dolarów - w desperacji może nam podać mango z
musztardą. A do tego, że wszyscy jesteśmy
Odyseuszami błądzącymi czasem między
pokręconymi wyspami trzeba się po prostu
przyzwyczaić.
Ciekawe czasy
Po
wyczerpaniu całego arsenału różnych
wyrafinowanych przekleństw rozwścieczony
starożytny Chińczyk miał już w zanadrzu tylko
jedno. Patrzył złym wzrokiem na swojego
przeciwnika, zastanawiał się jeszcze chwilkę
(czy aby nie przesadza) i rzucał w stronę wroga
największą obelgę - obyś żył w ciekawych
czasach. Jeśli klątwa zadziałała delikwent
trafiał akurat na okres zmiany dynastii, jakiś
najazd albo przynajmniej zamieszki. W najlepszym
przypadku spędzał kilkadziesiąt lat życia na
rzeźbieniu terakotowej armii. Życie w ciekawych
czasach jest ulubionym zajęciem wszystkich
Polaków, którzy mieszkając na skrzyżowaniu
Europy czasy ciekawe mają zawsze.
Może właśnie dlatego wszystko co
fundamentalne, epokowe i kontrowersyjne w
Internecie (a co inne nacje omawiają godzinami)
u nas przechodzi niemal bez echa. Niemal bez echa
przeszedł właśnie proces między platformą
aukcyjną E-Bay będącą amerykańskim
odpowiednikiem Allegro a producentem biżuterii o
nazwie Tiffany. Specjaliści Tiffany obliczyli,
iż 95% wszystkich produktów sygnowanych ich
logo podczas sprzedaży w systemie E-Bay to
podróbki. Trudno rzecz jasna stwierdzić ile w
owych rachubach jest prawdy - znając proporcje
między markowym piractwem w Polsce i USA można
bowiem zaryzykować twierdzenie, że w takim
razie nasza rodzima oferta zawierać powinna
jakieś 400% falsyfikatów. Sprzedawcy biżuterii
uznali że cierpliwość nie jest wieczna (w
odróżnieniu od diamentów) i poszli do sądu.
Zażądali nie tylko odszkodowania, lecz i
wprowadzenia przez internetowe przedsiębiorstwo
znacznie lepszych zabezpieczeń gwarantujących
na przyszłość walkę z podróbkami. E-Bay
odpowiedział grzecznie, iż na zabezpieczenia o
których mowa wydaje rocznie 20 miliardów
dolarów, zaś jej 250 pracowników oprócz
wyłapywania oszustów podszywających się pod
cudze marki nie robi nic innego. Użyto także
argumentu o możliwości zgłoszenia w dowolnej
chwili wątpliwości związanych z każdą
transakcją. W amerykańskim społeczeństwie
rozgorzała dyskusja, która trwa do dziś - mimo
iż wyrok w sprawie już zapadł. Sąd
podsumował cztery lata kontrowersji w bardzo
prosty sposób: podróbka podróbką, ale jeśli
internetowy pośrednik robi wystarczająco dużo
w tej sprawie (a zdaniem sądu - owszem, robi) -
jest bez winy. Ktoś na sądy najwyraźniej
rzucił jednak starochińską klątwę, bo jak
już przedstawiciele Temidy uporają się - choć
być może chwilowo - z podróbkami, od razu
wchodzi na wokandę handel elektroniczny, dane
osobowe lub piractwo muzyczne.
Z tym ostatnim zresztą jest najciekawiej, bo
wystarczy zerknąć na rapidshare, by dojść do
wniosku że mit o nastoletnim, pryszczatym
wielbicielu rapu nie do końca jest prawdziwy.
Można bez trudu odnaleźć (jak u Monthy
Pythona) całe gangi wiekowych babć i dziadków
z upodobaniem piratujacych Irenę Santor,
Mieczysława Fogga i Franka Sinatrę. Może więc
to Internet dotknięty został u samych narodzin
jakimś chińskim przekleństwem, bo ciekawe
czasy są w nim zawsze. Były dziesięć lat
temu, są i teraz. No i może dlatego my, Polacy
tak dobrze czujemy się w globalnej sieci - w
końcu nikt nie zna się na ciekawych czasach tak
dobrze.
Dlaczego Lenin?
Jeden
z dowcipów ponurej epoki realnego socjalizmu
dotyczył treści maturalnego wypracowania.
Treść owa brzmiała tak: - Kto jest twoim
idolem i dlaczego akurat Lenin? Zagadka z Leninem
jest typowym przykładem pytania zawierającego
odpowiedź. Czasy rządów komunistycznych
obfitowały zresztą w podobne pytania - nawet
pod sam koniec zafundowano narodowi referendum
pod hasłem zbliżonym nieco do kwestii - czy
wolisz być piękny i bogaty, czy biedny i
brzydki? Ponieważ w Internecie jest wszystko,
można w nim znaleźć także podobne pytania.
Tarnogórski Urząd Miejski zadaje nam
więc na swojej witrynie kwestię do
przemyślenia: - Dlaczego warto mieszkać w
Tarnowskich Górach? Trudno powiedzieć co ma z
tym zrobić hipotetyczny osobnik uważający, że
w mieście mieszkać nie warto, nawet jeśli wie
dlaczego tak sądzi - nie ma dla niego stosownego
okienka tekstowego. Niewykluczone, iż autor tak
postawionego pytania oglądał krążący od
kilkunastu tygodni w globalnej sieci filmik
reporterów portalu MM Silesia. Tarnogórzanom
kazano wówczas dokończyć zdanie - "Moje
miasto jest..." Ponad wszelką wątpliwość
okazało się, że czego jak czego, ale lokalnych
patriotów nam nie brakuje. Moje miasto jest
fajne, ekstra, cudowne, piękne, wspaniałe.
Nawet rowerzyści (ewidentnie w tak zwanym
okresie buntu) stwierdzili, że co prawda ciągle
ich ktoś przepędza w czasie wykonywania
śmigów, no ale przecież buduje się scate park
i w ogóle jest mocno wporzo. W mieście gwarków
nie ma problemu z kobietami (piękne są),
nieźle wypada zaplecze kulturalne (wiele się
dzieje). Aż się człowiek zastanawia, czy tego
filmu nie robiły te emendemsy, które lecą w
kulki.
To że władza zadaje ludziom pytania bez
wątpienia jest chwalebne, choć - po latach
smutnych doświadczeń - w podświadomości
społecznej ciągle jest wiele nieufności. Nawet
profesor Miodek poproszony przez niżej
podpisanego o tekst na temat ulicy Krakowskiej od
razu spytał: - Czy ktoś chce zmienić nazwę
ulicy? Nie wolno do tego dopuścić! Jeżeli
władza o coś pytała, to albo chodziło jej o
alibi w postaci opinii społecznej, albo chciała
dać do zrozumienia, że niesłychanie ciężko
nad czymś pracuje i trzeba jej w tej pracy
pomóc. Internet do prawdziwych badań
socjologicznych nadaje się - co tu dużo mówić
- dość średnio. Gdyby słuchać opinii
przeróżnych sond, to według jednych -
prezydentem Polski powinien być Janusz Korwin -
Mikke, według innych - Krzysztof Kononowicz,
zaś Jozin schowany normalnie w bazinach ma już
w kieszeni nominację ambasadorską.
Nawet badania opinii publicznej poza siecią
(jeżeli mają się udać) wymagają
profesjonalnego podejścia: dokładnego doboru
próby respondentów, prawidłowego doboru
pytań, rzetelnej, popartej doświadczeniem
analizy. Tylko wtedy mają sens i tylko wtedy
można odpowiedzialnie posługiwać się ich
wynikami. Zgoda - przyczepiliśmy się do jednego
tylko pytania, które nie przesądza o całości
badań, z których być może coś nawet wyjdzie.
Przyczepiliśmy się tylko do części on-line, a
są jeszcze ankieterzy. Ale to nie jest powód,
by pod koniec pierwszej dekady dwudziestego
pierwszego wieku serwować na stronie www
jakiegoś Lenina. Bo można się potem spotkać z
zarzutem, że to przez was (przez was - autorze
pytania, przez was) ten Lenin jest wiecznie
żywy.
Bajka o szczęściu
Jednym
z zasadniczych motywów bajek jest kwestia
poszukiwania szczęścia. Czynność ta -
przynajmniej w bajce - zawsze prowadzi do
morału, że szczęście znajdzie tylko ten, kto
da szczęście innymi, zaś cały proces
rozpoczyna się w chwili, gdy jakiś Maciuś
bierze zgrzebną lnianą koszulinę i wyrusza
boso w stronę najbliższego lasu. Ponieważ
tradycyjne bajki mogą nie wytrzymać próby
postindustrialnych czasów i wykazują niewielką
kompatybilność z aspiracjami XXI wieku,
przedstawiamy dziś sieciową wersję bajki o
poszukiwaniu szczęścia.
Maciuś oparł wygodnie sportowe najki na
krawędzi biurka i zapatrzył się w monitor. Kto
by tam włóczył się po lesie w koszulinie,
dziś wszystkiego szukamy na google, wystarczy
użyć klawiatury. S-z-c-z-ę-ś-c-i-e:
pracowicie wystukał w okienku i po chwili aż
jęknął z zadowolenia - jedenaście i pół
miliona wyników! - Mam szczęście. Na prawdziwe
szczęście dla Maciusia przeglądarka włączony
miała filtr antypornograficzny, bo dopiero by
się tego szczęścia naoglądał - we wszystkich
możliwych odcieniach.
- Jest - ucieszył się Maciek - firma ze
słówkiem "szczęście" w domenie
reklamuje swoje usługi specjalnie dla
szukających szczęścia. Można nawet wziąć
udział w szkoleniu na ten temat, ale (niestety)
trzeba zapłacić, bo na stronie darmowy jest
tylko newsletter. Szkolenia zresztą są także w
innych dziedzinach: rozwoju osobistego albo
wpływania na życie swoje i innych. - Trudno,
pomyślał Maciek, szukamy dalej. Dalej była
strona z serwisu kobiecego "jaki mężczyzna
da ci szczęście". Bohater z obrzydzeniem
zamknął witrynę. Kolejna odsłona sieciowego
szczęścia kusiła darmową (i elektroniczną)
książką pod znamiennym tytułem
"Tajemnice Szczęścia". Wydawnictwo
zażyczyło sobie jednak, by w zamian za pozorną
darmochę zapisać się w charakterze
subskrybenta newslettera. Ponieważ Maciek - jako
się już wcześniej okazało - nie był w
ciemię bity, doczytał w regulaminie iż "w
treści wiadomości email rozsyłanych do
subskrybentów mogą znajdować się informacje
reklamowe, o charakterze komercyjnym i
niekomercyjnym", a ponieważ jak każdy
zdrowy na umyśle człowiek spamu dostawać nie
chciał, udał się na dalsze poszukiwania.
Dotarł do hodowli psów pasterskich
"Szczęście Ty Moje" lecz szybko
okazało się, iż berneński dobrostan kosztuje
co najmniej tysiąc złotych. Mijał wirtualne
pola i cybernetyczne lasy, minął książkę
pana Pulikowskiego "Jak wygrać
szczęście" bo w sieciowej księgarni
chcieli za nią 12 złotych i 50 groszy. Mijał
serca z bursztynu syntetycznego (poważnie) za 70
złotych z gwarancją szczęścia i szczęśliwe
kamienie szlachetne dla każdego znaku zodiaku
(ceny już od 50 złotych), ale szczęścia nie
znalazł. Ponieważ zbliżamy się do morału,
powinniśmy teraz uświadomić sobie, że morał
jest dokładnie taki sam jak w tradycyjnej bajce:
jeśli nie damy komuś szczęścia (na przykład
w postaci 12 złotych i 50 groszy) sami
szczęścia nie doświadczymy. I jest jeszcze
jeden, bonusowy i gratisowy morał dla każdego z
nas - w Internecie spotkamy bardzo, bardzo wielu
różnych Maciusiów, którzy szukają tam
szczęścia.
Aukcja władzy
No
i stało się - pękła kolejna internetowa
bariera. Polski rząd wszedł sobie na stronę
portalu aukcyjnego i zrobił zakupy on - line.
Nabyto osiemnastowieczny order Orła Białego,
nie tylko wysadzany brylantami, lecz także
należący w pewnym momencie swej burzliwej
historii do Ignacego Paderewskiego. Transakcja
odbyła się na platformie eBay, bo sprzedający
mieszka w Stanach Zjednoczonych, zaś kwota
zakupu to 7 tysięcy dolarów. Nabywca miał
szczęście, bo w internetowym gąszczu operacja
przeszła nadspodziewanie cicho, nie było więc
konkurentów podbijających cenę. Sądząc
zresztą po licytacyjnych cenach przedmiotów w
stylu "magiczny, różowy laptop Dody"
- order wyszedł nadzwyczaj tanio.
Nie nam oceniać sensowność zakupu: z jednej
strony dobrze, że pamiątka po polityku -
pianiście wróci do kraju, z drugiej - gdyby
chciano kupować wszystkie polskie precjoza ze
szlachetnymi kamieniami, zabrakłoby nie tylko
budżetu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale
pewnie i całego złota Fort Knox (jak w tym
dowcipie o tabakierce Stalina z napisem
"Rzewuski - Potockiemu"). Najciekawsze
w całej sprawie jest jej sedno: władza
zdecydowała się poszukać tego, czego pragnie w
Internecie widząc bez wątpienia szeroką
ofertę, nieograniczoną podaż oraz okazje,
które już się nigdy nie powtórzą. Wszyscy
obywatele powinni wobec tego stanąć na
wysokości zadania starając się w miarę
możliwości wystawić na sprzedaż to, co
władzy może się przydać.
Jeśli więc ktoś (a pewnie ktoś taki jest)
posiada tajną dokumentację, która zgubiła
się gdzieś w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego
powinien natychmiast założyć sobie konto i
wystawić ofertę na Allegro. Najlepiej po cichu,
bo jak uczy doświadczenie wtedy budżet państwa
cierpi najmniej. Gdy ktoś jest właścicielem
wanny albo kolejowego peronu w dobrym stanie -
także w sieci może odnaleźć swoją
niepowtarzalną szansę. Skoro na licytację da
się wystawić batyskaf, to dlaczego nie miałyby
się na niej znaleźć brakujące kilometry
autostrad - eleganckie, równiutkie i gotowe do
użytku.
Za przykładem centrali pójdzie na pewno władza
lokalna - zawsze tak robi. Burmistrz Czech może
więc sobie nabyć kilka husarskich koni, które
zginęły mu ostatnio w gwarkowym pochodzie -
łącznie ze zbrojami i piórami. W rozliczeniu
mógłby (żeby było taniej) zaoferować kilka
dyplomów opowiadających o tym jak też na
Gwarkach 2008 było fajnie. Nie ma żadnych
wątpliwości, że w starostwie też niejedno
kupiliby na aukcji - byle tylko było. Żarty
żartami, ale przykład z orderem dowodzi, że we
współczesnym, zinformatyzowanym świecie
pełnym szybkich i dynamicznych przepływów
informacyjnych oczy należy mieć dookoła
głowy. Wiedzieć - od razu, reagować -
natychmiast. I zrozumieć, że Internet jednak
istnieje. Mało tego - przydaje się do całkiem
innych rzeczy niż opowiadanie o tym, że
rocznicę uświetniono, sukces odtrąbiono,
wstęgę przecięto, grabę uściśnięto a order
przypięto. Zwłaszcza że opisywanym lokalnym
orderom daleko jednak do tego z osiemnastego
wieku, do tego który wisiał na piersi Ignacego
Paderewskiego.
Różne - ware
Powiadają,
że profesjonalne stanowisko komputerowe to
takie, w którym cena software (zainstalowanego
oprogramowania) przewyższa wartością hardware
(samego komputera wraz ze współpracującymi
urządzeniami). Może i tak jest, ale powoli
musimy zacząć przyjmować do wiadomości, że
ten soft i hard to jeszcze nie wszystko oraz że
w swoich planach zakupowych uwzględniać
będziemy musieli bardzo różne, inne ware.
Pierwsze ware dopada nas w markecie przy stoisku
z żarówkami. Nowe kolorowe opakowanie dobitnie
(przy użyciu naprawdę wielu barw) przekonuje,
iż jest to właściwa żarówka przeznaczona
specjalnie do pracy przy komputerze. Kupujemy
więc od razu 10 bo przecież się przepalają. W
meblowym też nowość - specjalna pomarańczowa
ni to poducha, ni to podpóra, którą człowiek
(po zakupieniu) może sobie położyć na
kolanach i laptop od razu przestaje go uwierać.
Następnie przychodzi do człowieka pan rysownik
Ogiński który przynosi zdigitalizowane obrazy
nie na jakimś tam nośniku flash, lecz na
wypasionym pendrivie oprawionym w elegancką, na
dodatek tłoczoną skórę. Trzeba więc
polecieć do sklepu oraz nabyć identyczny, bo
potem powiedzą że się nie jest trendy.
Przykłady można mnożyć w nieskończoność,
bo doszliśmy do etapu w którym na komputerowo -
sieciowym szaleństwie zarabiają już nie tylko
producenci tego, co oczywiste, ale także
fabrykanci żarówek, stolarze, kaletnicy,
przedstawiciele przemysłu dziewiarskiego,
zabawkarskiego czy budowlanego. Tak, tak: oferta
wynajmu pomieszczeń biurowych pozbawiona
zdjęcia listwy z połączeniami sieciowymi jest
dziś kompletnie chybiona. W skrajnych
przypadkach zarabia i dystrybutor wody jeśli
weźmiemy pod uwagę grono wielbicieli
podkręcania procesorów i chłodzenia ich potem
za pomocą tego płynu. W pewnym sensie historia
zatoczyła więc koło, bo współczesny
wyciskacz potów z komputera przypomina
średniowiecznego młynarza: obaj nie mogli
ruszyć do roboty jak nie było porządnego
prądu płynącej wody.
Mało tego - mikroprocesory rozpełzły się po
wszystkich obszarach życia: telefon komórkowy
za złotówkę ma więcej pamięci niż komputer
który kierował lądowaniem pierwszych ludzi na
srebrnym globie. Zegarek sam kontaktuje się z
Internetem żeby zsynchronizować czas względem
swojego atomowego wielkiego brata. Ogrzewanie w
domu samo policzy (na podstawie pomiaru
temperatury zewnętrznej) ile energii pobrać by
było ciepło. Radio samochodowe wykryje
zbliżającą się komórkę właściciela i samo
przełączy rozmowę na głośniki, a procesory
montowane są już nie tylko w żelazkach,
sokowirówkach czy opiekaczach: tak naprawdę
mogą być wszędzie - łącznie z dziecięcą
latarką.
Można sobie ironizować z wszechobecności
różnych komputerowych ware, ale tak jak nie
ulega wątpliwości, że ułatwiają one życie,
tak samo możemy pokusić się o kolejną
historyczną refleksję. Z całą pewnością nie
ma obaw, że te informatyczne maszyny
wyeliminują nas z procesu pracy: dzięki nim
roboty jest znacznie, znacznie więcej. Na
stanowisku profesjonalnym i nieprofesjonalnym
też.
Nie na temat
Ankiety,
sondy i badania opinii publicznej rządzą się
swoimi - często pokrętnymi - prawami. Nie
należy więc okazywać zdziwienia, że na
pytanie władzy miejskiej - "czy u zbiegu
ulic Krakowskiej i Tylnej powinien stanąć
pomnik", respondenci odpowiedzieli
wymijająco. Na stronie internetowej ogłoszono
bowiem komunikat o tak zwanych zdaniach
podzielonych. Ponieważ należy łączyć, nie
dzielić (nawet wspomniane zdania) przedstawia
się poniżej koncepcję, która powinna
zadowolić wszystkich, o co doprawdy w
Tarnowskich Górach nader trudno.
Pomnik powinien więc być, ale jednocześnie
powinno go też nie być. Proszę bardzo:
bierzemy u zbiegu ulic stosowne łopaty i
wykopujemy dół o głębokości czterech
metrów, szerokości i długości zbliżonej do
zdrowego rozsądku. Wewnątrz po ocembrowaniu
umieszczamy figury gwarków tarnogórskich przy
pracy, w otoczeniu naturalnym - podziemnym - w
towarzystwie narzędzi górniczych (mogą być
nawet oryginalne, bo wykopano tego w swoim czasie
całkiem sporo). Górę zakrywamy szkłem
pancernym, co pozwala nawet na poruszanie się po
owym pomniku, dodajemy oświetlenie od dołu
(ewentualnie z góry) - w wersji ostrożnej mogą
być barierki. Gwarkowie są neutralni
politycznie, światopoglądowo, wyznaniowo, a
nawet erotycznie w odróżnieniu zarówno od
ojców założycieli jak i lansowanych z uporem
godnym lepszej sprawy magnatów. Nie ulega
zresztą wątpliwości, że dobrobyt miasta to
głównie ich zasługa.
Ponieważ wszyscy mają być zadowoleni - jako
ukłon w stronę posła Głogowskiego, który
wymyślił silver river pod Krakowską - powinno
się dodatkowo (także pod ziemią) pokazać
wodę ściekającą ze ścian - byłoby to
nawiązanie do odwiecznej walki górnika z
płynącym żywiołem. W wersji ostrzejszej
możliwe jest zastosowanie płynącego
strumienia. Pomysł powinien spodobać się też
władzom miejskim - także tym drogowym. W końcu
przy tak minimalnej ingerencji w podskórną
substancję ulicy znikome jest
prawdopodobieństwo, iż przybędzie nadzór
archeologiczny i wyłączy deptak z ruchu na
długie miesiące, co już się przytrafiło
rynkowi.
Zachwyceni będą turyści, bo zwyczajnych
pomników ci w Polsce dostatek, a kreatywność
nadziemną trudno przebić - zwłaszcza jak się
spojrzy w Łodzi na Rubinsteina - kletzmera
grającego za "wrzuć monetę" albo na
psa profesora Filutka w Toruniu. Osoby
odpowiedzialne za estetykę pomnika także
powinny być szczęśliwe - całkowicie odpadają
tradycyjne czynności antygołębiowe w postaci
sprzątania. Swoje otrzymają także radni,
ponieważ koncepcja jest bardzo pojemna i każdy
może dowymyślać ile zechce: puszczanie
dźwięku kilofa przy pracy, widowiska światło
i dźwięk oraz co tylko duża zapragnie.
Dodatkowy bonus otrzymają tak zwani obalacze
pomników, bo w razie czego niczego obalać nie
trzeba - wystarczy zasypać i na powrót
ułożyć nawierzchnię.
Niżej podpisany nic za ten pomysł nie chce,
zaś wszelkie prawa autorskie przekazuje
niniejszym po połowie burmistrzowi i
przewodniczącemu Rady Miejskiej. W zupełności
wystarczy mu świetna zabawa po tym, co wyjdzie z
pomysłu na podziemny pomnik.
Witryna drogi
Pielgrzymka
jest metaforą ludzkiego życia. Obrazuje drogę,
którą każdy człowiek przechodzi od urodzenia
do śmierci - mijając po drodze innych ludzi,
emocje i wydarzenia. To także rodzaj wspólnoty
dzielącej trudy, ale także wspólnoty wiary, bo
i o nocleg, i o posiłek na trasie przecież nie
tak trudno. Formę tę zna wiele religii (w
niektórych jest wręcz obowiązkowa), zaś do
miejsc świętych chodzono już w czasach
starożytnych. Może dlatego grupa pielgrzymów
przemieszczająca się niemal dokładnie tak samo
jak pątnicy pół tysiąclecia temu kojarzy się
z surową, dawną tradycją. I brakiem
styczności z nowoczesną, sieciową
technologią. Nieprawda - to już przeszłość.
Pielgrzymka
bez teleinformatycznego wsparcia jest
przeszłością już od kilku lat, jednak dopiero
tegoroczne wakacje pokazały co udaje się
zrobić przy pomocy Internetu i sieci GSM. A
można sporo - po pierwsze: bez trudu można
zlokalizować z dużą dokładnością gdzie
konkretny pielgrzym się znajduje, bo jeden z
operatorów komórkowych we współpracy z
fundacją "Opoka" uruchomił odpowiedni
system ze wsparciem na stronie www. Można więc
śledzić z domowego stanowiska przy komputerze
postępy na trasie każdej z grup.
Po
drugie - na tym samym pielgrzymkowym portalu
doszło do nieoczekiwanej zmiany ról -
statystycznego pątnika zamieniono w
fotoreportera. Na witrynę docierają bowiem (i
to z prawdziwie internetową prędkością) MMS-y
zawierające zdjęcia. Raz uczestników
pielgrzymki, raz mijanych właśnie miejsc. Albo
stałych fragmentów pątniczego życia:
posiłków, odpoczynków czy modlitwy. Po trzecie
- opisywana witryna e-pielgrzymka.pl zawiera też
elementy życia społecznościowego: fora
dyskusyjne czy znane z innych portali profile
użytkowników z opisem ile też dana osoba ma do
przejścia (i ile już przeszła). Nowi
użytkownicy widoczni są na honorowym miejscu
głównej strony - zupełnie tak samo jak na
społecznościowych witrynach w rodzaju Naszej
Klasy. Kwitnie wymiana doświadczeń taktyczno -
technicznych oraz życie towarzyskie. Jest i
krajowa mapa pielgrzymek - choć niestety jak na
razie ogranicza się do sanktuarium
częstochowskiego, a szkoda - bogactwo lokalnej
tradycji pątniczej jest przecież przeogromne.
Zapędy
komórkowo - internetowe hamuje nieco dział
"komórkowy savoir-vivre" nakazujący
wyłączenie telefonu także w czasie marszu,
jednak nowoczesność pielgrzymowania z portalem
nie podlega żadnym dyskusjom. Nawet sami autorzy
strony z pewną dozą nieśmiałości tłumaczą
się ze swojego przedsięwzięcia oraz
argumentują na koniec: - Nowoczesne technologie
na pielgrzymce? - Czemu nie? Kiedy dobrze
zastanowić się na sensem całej operacji
odpowiedź przychodzi sama. Skoro pielgrzymka ma
być metaforą naszego życia to musimy
zauważyć, że i życie zmieniło się w
poważnym stopniu. W bardzo wielu przypadkach
pełne jest komputerów, routerów, skanerów i
wielu jeszcze innych erów w gąszczu których
poruszamy się na co dzień. Pełne jest SMS-ów,
MMS-ów, GPS-ów i GPRS-ów bez których kiedyś
dało się działać, ale teraz jakoś już się
nie daje. Internetowo - komórkowa pielgrzymka
jest więc być może najlepszą metaforą życia
internetowo - komórkowego.
Instrukcja
Wśród
wielu form wypowiedzi słownej bogactwem
możliwości wyróżnia się forma instrukcji
użytkowania. Niżej podpisany miał zaszczyt
przeczytać onegdaj instrukcję użytkowania
sedesu przeznaczoną dla generałów wojska (w
specjalnym i tajnym ośrodku wypoczynkowym dla
generałów): dzieło obszerne, bogate w
przymiotniki a nade wszystko wywołujące całą
masę refleksji. Ostatnia z refleksji była taka,
że na szczęście dla niżej podpisanego nie
jest on generałem. W wojsku niejedno się od
tego czasu zmieniło jednakowoż instrukcje
powyższego typu dotarły ostatnio do Internetu.
Prym
w kategorii "instrukcja roku" wiedzie
bez wątpienia dokument nazwany "Instrukcja
dla aplikacji do pobierania plików oraz
przesyłania plików raportów do MSP przez
serwer WWW" a wypełniać ją muszą
obowiązkowo wszystkie firmy z udziałem
kapitałowym Skarbu Państwa. Na początku trzeba
się zalogować, a login jest prosty: podajemy
regon podmiotu, który to regon ma 14 cyfr.
Możliwe jest jednak, że jakiś wredny podmiot
ma regon składający się nie z 14, a z 9 cyfr,
ale i w tej sytuacji możemy sobie poradzić:
dopełniając dziewięciocyfrowy regon pięcioma
zerami. Hasło zdefiniowano jako ciąg znaków
wybranych przez użytkownika, z wyjątkiem
pierwszego logowania, kiedy to hasło jest
dokładnie takie samo jak regon 14-cyfrowy, chyba
że ktoś ma regon 9-cyfrowy, no ale wtedy
wiadomo: dopełnia się zerami.
Następnie
dowiadujemy się paru spraw na temat wiadomości:
"wiadomości są w całości wyświetlane na
ekranie, tzn. nie ma potrzeby ich
"otwierania" aby zobaczyć treść
wiadomości" oraz otrzymujemy odpowiedź na
pytanie - co dzieli temat wiadomości od
pozostałej treści. Otóż "temat
wiadomości jest wytłuszczony i dzieli go od
pozostałej treści linia odstępu". Z
całą pewnością bez wytłumaczenia problemu
linii oddzielającej użytkownik na pewno
całkowicie by zgłupiał i zawiesił się bez
możliwości restartu. Żeby utrzymać owego
użytkownika w stanie podwyższonej formy
intelektualnej system będzie za każdym razem
wyświetlał całą listę wszystkich
dotychczasowych wiadomości, jednak od czego mamy
instrukcję: "Aby przy następnym
zalogowaniu system nie rozpoczynał od
wyświetlenia wszystkich przeczytanych już
wiadomości należy na zakończenie czytania
wiadomości nacisnąć przycisk
<przeczytano> umieszczony na końcu ekranu
z wiadomościami".
"Ekran"
to ulubione słówko autora instrukcji, bo
przecież "wysyłanie raportów i innych
plików możliwe jest z ekranu uzyskiwanego po
naciśnięciu przycisku <raporty>". W
dalszej części dzieła opisano jeszcze jakie
inne ekrany można uzyskać po naciśnięciu
różnych przycisków. Zgrozę budzi kolejna
sekwencja: "Na wskazany publiczny adres
e-mail wysyłana jest tylko treść wiadomości,
bez załączników. Dobrą praktyką jest zatem
umieszczanie wszystkich informacji wyłącznie w
plikach załączników". Ze zdania tego -
zgodnie z zasadami logiki wynika, że dobra
praktyka gwarantuje ze stuprocentową
pewnością, że nic do adresata nie dotrze.
Dociera za to kolejna refleksja: dobrze jest nie
być generałem, ale prawdziwa rozkosz to
odcięcie się od udziału kapitałowego Skarbu
Państwa.
Vista wio
Niemal
dwadzieścia lat temu pewien fanatyk związany ze
środowiskiem komputera Amiga (a wiedzieć
trzeba, że było to środowisko wrogie
wszystkiemu co przypominało PC, zaś raczkujący
dopiero system Windows w szczególności)
stwierdził, że blaszana konkurencja
oprogramowana przez Microsoft potrzebuje
dwudziestu lat, by dogonić ową Amigę. Faktem
jest, iż system operacyjny Amigi przerastał
prehistoryczne okna o wiele, wiele długości -
gadżecik w postaci oczu ulokowanych na belce
narzędziowej (no i ma się rozumieć
śledzących kursor) już wówczas nie był w
niej niczym szczególnym.
Ponieważ
kilkanaście miesięcy dzieli nas od polskiej
premiery łaskawie panującej w świecie okien
wersji Vista, powinniśmy pokusić się o próbę
podsumowania. Po pierwsze więc - system na pewno
jest stabilniejszy niż poprzednie wersje,
pracuje sprawnie i lepiej radzi sobie ze
sterownikami wszelkiego rodzaju urządzeń
peryferyjnych. Jak zwykle ma znacznie wyższe
wymagania sprzętowe: potrzebuje lepszego
procesora, szybszej karty graficznej i znacznie
więcej miejsca na dysku twardym. Jest
estetyczniejszy - choć do tej pory specjalistom
zatrudnionym w Redmont niespecjalnie z
wyrafinowanym gustem graficznym było po drodze.
Bez
wątpienia Vista jest systemem nakierowanym na
użytkownika: świadczy o tym łatwość, z jaką
wygrać można z komputerem w dołączone szachy
(przy ustawieniach domyślnych). Pozbawia to
nabywcę wszelkich kompleksów, choć nawet przy
imponującej statystyce nie powinno się jednak
siadać do szachownicy z Darkiem Świerczem.
Vista to także zabawka dla gadżeciarzy: boczny
pasek stanowi nieograniczone pole do popisu w
ulepszaniu. Jednych zafascynują najnowsze
wiadomości prosto na pulpit, innych kosz
wielkości przeciętnego słonia, jeszcze innych
podgląd z kamerki w miejscowości Kingston na
Jamajce. Są i znane sprzed dwudziestu lat
amigowe oczy śledzące ruchy myszką, co stanowi
dobitny dowód, że to co gorsze wreszcie
dogoniło coś, co było lepsze.
Sukces
Windows jest nie tyle osiągnięciem
informatycznym, ile marketingowym. Widać to
wyraźnie na laptopach amerykańskiej armii
(wymuskanych, w aluminiowych obudowach, z
pamięciami flash zamiast twardych dysków)
opatrzonych standardowo napisami "Dell"
oraz "Windows", ale i w niemal każdym
europejskim biurze. Także w biurach urzędników
Unii Europejskiej, która - rzecz jasna -
oficjalnie popiera konkurencyjnego i darmowego
Linuxa. Lekcja udzielona światu przez Billa
Gatesa zaczyna się od stwierdzenia, że nie
sztuka zrobić, lecz sztuka sprzedać. Potem
William mówi nam, że procesy zachodzące w
świecie informatyki czy sieci mają swoją
ciągłość, którą trzeba zrozumieć. Wykład
kończy się stwierdzeniem, że najważniejsza na
tym rynku jest determinacja. Właśnie z tych
trzech powodów jesteśmy skazani na windowsowego
bluesa, który mimo ewidentnych postępów
wciąż mógłby być o wiele lepszy. Lepsza
dwadzieścia lat temu Amiga skończyła na
śmietniku historii, bo w porę nie wykorzystano
serii szans. Bo ktoś, kto kupił dobrą firmę
nie bardzo wiedział co z nią zrobić. I dlatego
do przodu poszło coś zupełnie innego: poszło
- wio.
Berdyczów
Miasta
Ryga i miejscowości Berdyczów pozornie nic nie
łączy. Pozornie, bo obydwa te skupiska ludzkie
na trwałe weszły do potocznej, choć nieco już
zapomnianej mowy. Powiedzonko "pisz do mnie
na Berdyczów" pochodzi z XVIII wieku, gdy w
miejscu owym organizowano przeliczne jarmarki, a
co za tym idzie także tymczasowe kwatery,
których tymczasowość uniemożliwiała
skuteczne dostarczenie przesyłek listowych.
Adresat powiedzonka miał więc w oględny
sposób zrozumieć, że wymiana myśli z nim nie
jest mile widziana, ma się odczepić, a mówiąc
współcześnie - spadać.
Minęły
wieki, komunikacja między ludźmi weszła za
sprawą Internetu na orbitę poczty
elektronicznej. Łatwej, szybkiej, prostej i
wygodnej. Myli się jednak każdy, kto uważa,
że obyczaj pisania na Berdyczów upadł: jeden z
luminarzy kultury powiatu tarnogórskiego (na ten
przykład) szczerze zachęca na swojej stronie
www do kontaktów mailowych. Pisze, iż z
radością czyta, czeka i tak dalej. No i z
całą pewnością odpowie na wszystko, co tylko
ludziska do niego napiszą. Sęk w tym, że nawet
wyjątkowo dokładna analiza witryny wykazuje
kompletny brak adresu pocztowego w jakimkolwiek
miejscu.
Inny
właściciel strony podaje swój adres w postaci
zaszyfrowanej. Zamiast znaku @ umieszcza w
eleganckim nawiasie słówko "at".
Zmyła (jak sama nazwa wskazuje) ma służyć
zmyleniu robotów spamowych dzień i noc
penetrujących globalną sieć w poszukiwaniu
jeleni zasypywanych później niechcianą pocztą
reklamową. Adres taki maszyna zdobywa na stronie
www lub innymi tajemnymi sposobami. Ale zmyła
myli także mniej wyrobionych użytkowników
sieci, którzy potem z uporem godnym lepszej
sprawy próbują w polu adresu programu do
wysyłania poczty wpisać owo "at" z
czego wychodzi klasyczne pisanie na Berdyczów.
Niestety - chytre automaty od spamu już dawno
nauczyły się nowej sztuczki, więc one piszą
jednak tam gdzie trzeba, a jeśli kogoś męczy
spam powinien raczej zastanowić się nad
porządnym filtrem na serwerze, a nie
zastępować małpy nawiasem.
Na
Berdyczów pisała też maile swego czasu
Platforma Obywatelska: chodziło o bardzo
poważną petycję w bardzo poważnej sprawie.
Elektronicznych listów wysłano setki.
Ujednoliconych, uprzejmych lecz stanowczych. W
ferworze politycznych rękoczynów zapomniano
jednakowoż, że adresat nie posiada nawet konta
bankowego, a co dopiero mówić o obsłudze
Outlooka. Politycy z górnych półek (od czasu
do czasu pokazywani podczas naciskania klawisza
enter, który - dajmy na to - inicjuje podpis
elektroniczny) wpatrują się w ekran dziwnie
nieprzytomnym wzrokiem. Od razu widać, że
sprawy maili załatwiają asystenci, sekretarki
lub gabinet polityczny.
"Pisz
pan na Berdyczów" - takim tytułem nazwano
jeden z działów jednego z miejskich forów.
Formułka oznaczać ma sprawy nie wymagające
odpowiedzi, nieistotne, bzdurne. Tytuł zgrabny,
jeśli jednak spojrzy się na większość forów
dyskusyjnych - można raczej dość do wniosku,
że pasuje tam bardziej inne powiedzonko. To o
Rydze.
Ekranowanie
Telewizyjny
ekran starego typu ma proporcje 4 do 3: to
pamiątka po czasach, gdy kineskopy były - jak
to z większością lamp bywa - okrągłe. Na
ekranach tych emitowano czasem panoramiczne
kinowe westerny ściskając cały obraz. W
związku z tym do dziś żyją ludzie, którzy
uważają, iż Clint Eastwood jest chudy jak
modliszka i ma trzy metry wzrostu. Ostatnimi
czasy odbiorniki stały się znacznie bardziej
panoramiczne, co powoduje zjawisko odwrotne:
prezenter Kret wygląda jak gdyby miał kilka
metrów obwodu, zupełnie jak dąb
"Bartek". Lecz to wszystko nic z
porównaniu problemami wyświetlania stron www.
Upraszczając
nieco możemy przyjąć, iż komputery PC z
rodziny 286 pracowały w rozdzielczości ekranu
równej 640 pikselom na dłuższym boku. Gdy
nastała era Pentium 200 obowiązywał standard
mówiący o 800 pikselach; dziś - w dobie dwu- i
czterordzeniowych rozwiązań dłuższy bok
ekranu ma na ogół 1024 lub 1280 punktów. Autor
strony internetowej, zwłaszcza w momencie gdy
nie ma wyraźnie określonej większości
użytkowników wybierających jakąś
rozdzielczość ma więc trzy wyjścia: może
zrobić ją z marginesami po lewej i prawej
stronie, pozwolić by wystawała poza zasięg
ekranu lub umożliwić automatyczne formatowanie
tekstu oraz grafiki. Ostatnie z tych rozwiązań
większość twórców odrzuca, bo nic ich tak
nie razi, jak strona poza kontrolą graficzną;
drugiego nienawidzą sami internauci, bo o ile
łatwo jest przewijać stronę w górę i w
dół, o tyle kierunek lewa - prawa wygodny nie
jest.
Oczywiście
- nie byłoby problemu, gdyby - wzorem
większości aplikacji typowy język strony nie
był podatny na zmianę rozdzielczości. Trudno
jednak ukryć, że - mimo wielu zmian - html
wciąż wygląda, jak gdyby zrobiony został na
kolanie i do zupełnie innych celów. Mamy więc
tysiące stron, które oglądane na innym
komputerze nagle wzbogacone zostają o dziwne -
czasem bardzo szerokie - marginesy. Czasem trafi
się strona, która wystaje znacznie poza obrys
okna przeglądarki. Czasem - a dotyczy to stron,
które w nie zmienionej postaci działają od
wielu lat - więcej jest pustego miejsca niż
właściwej treści.
Żeby
było weselej (i bardziej multimedialnie, bo
przecież wiele osób ogląda przy pomocy swojego
peceta filmy) mamy już monitory, których
proporcja boków wynosi 16 do 9. Typowa strona
www może więc dorobić się prawdziwie
gigantycznych marginesów lub - na odwrót -
zmuszać czytacza do ciągłego przewijania w
pionie. Problemy te przypominają nieco przypadek
pewnego radzionkowskiego przedsiębiorcy, który
wielokrotnie żądał dodania bardziej czerwonego
koloru do swojej strony ponieważ jego uszkodzony
monitor wyświetlał tę barwę wyjątkowo
słabo. Osiągnięto co prawda (stosując jako
wzorzec jego monitor) zadowalający efekt, jednak
cała reszta świata - posiadająca dobre
monitory - wariowała z nadmiaru czerwieni. I
jeśli jest w tej sprawie coś pocieszającego,
to tylko to, że monitory zajmują nam na
biurkach coraz mniej miejsca i stają się tak
chude jak Clint Eastwood na starym,
socjalistycznym telewizorze.
Łeb z wody
Gazetowa
opowieść czasu ogórkowego zaczyna się
tradycyjnie od spokojnej tafli wody, którą
niespodziewanie mąci wynurzający się z
głębin łeb potwora. W skali globalnej potworem
jest oczywiście taki jeden z Loch Ness, choć
funkcjonuje i wersja krajowa, gdzie rolę
tajemniczego stwora pełni Paskuda z Zalewu
Zegrzyńskiego - jak gdyby samo przebywanie w
okolicach Zegrza nie było wystarczającą
potwornością. Bieżący sezon w wodne potwory
nie obrodził, jednakowoż w ich rolę wcielają
się różnorakie zjawiska zaobserwowane przez
żurnalistów w Internecie.
Pierwszy
łeb wynurzył się już kilka tygodni temu,
potworem zaś została strona internetowa
wielkiego banku. W banku - jak to w banku - ktoś
się pomylił i wierna widownia sieciowa zamiast
tej co zawsze witryny ujrzała serwis użytku
wewnętrznego z licznie reprezentowanymi danymi
osobowymi. Rozległy się więc głosy o
złamaniu ustawy o owych danych, pomstowanie oraz
liczne proroctwa, iż teraz to już mamy Sodomę
a nasze dane nieszczęsne dostępne będą dla
każdego i zawsze. Problem - nawet jeśli jest -
nie przekracza swoim ciężarem gatunkowym
schowanej pod powierzchnią szkockiego jeziora
Nessie: trudno dopatrzeć się w sprawie
jakiejkolwiek afery. Szkody zaś - nawet jeśli
były - zweryfikuje czas. Wszak nawet w
tarnogórskim starostwie i to już cztery lata
temu doszło do podobnego wypadku - stronę
zewnętrzną ktoś zamienił na wewnętrzną,
więc przez kilka godzin internauci buszowali po
zarządzeniach starosty czy spisie telefonów.
Wynikał z tego tylko jeden wniosek: nie
wszystkie nazwiska urzędników napisano
prawidłowo, zaś jedną z nagranych wówczas
kopii dysponuje niżej podpisany (ostatnie zdanie
napisano na użytek pani Majsterek, gdyby miała
zamiar twierdzić, iż wcale tak nie było).
Drugi
łeb z wody wynurzył się przybierając postać
nowelizacji ustawy dotyczącej między innymi
prawa autorskiego. Z plotek, pogłosek i
przesłuchów ogólnopolski dziennik wysnuł
przerażający wniosek - namierzeni, schwytani i
napiętnowani z pirackiego paragrafu użytkownicy
sieci będą mogli zostać ukarani zakazem
użytkowania Internetu. Nie wiadomo co prawda jak
mogłoby to w praktyce wyglądać, bo o ile da
się kogoś odciąć od Protonetu, o tyle nie
sposób wymagać od obsługi kawiarenek, by
konfrontowała każdego odwiedzającego z
krajowym rejestrem skazanych na odcięcie. Daleko
zresztą polskiemu systemowi prawa do aż tak
kreatywnych rozwiązań amerykańskich i tekstów
o zakazie zbliżania się do kogoś na
odległość mniejszą niż 50 stóp możemy
sobie co najwyżej posłuchać na filmie
"Szklana pułapka".
Ponieważ
wakacje trwają w najlepsze, niejeden zapewne
łeb sieciowy pojawi się na medialnej
powierzchni. W związku z powyższym zaleca się
zachowanie spokoju - w końcu to dzięki
Internetowi kwitnie w kraju wewnętrzna
turystyka, łatwiej nam poznać wszystko, co
proponuje zagranica, a wczasowicze otrzymali tego
roku ofertę bogatą jak nigdy dotąd. No i na
prognozy pogody nie trzeba czekać aż do
dziennika. Powierzchnia sieciowej wody jest
płaska, równa oraz spokojna, nic do niej nie
wpada, nic się nie wynurza. Można surfować.
W co nie grać
Każda
porządna gazeta powinna od czasu do czasu
opublikować recenzję jakiejś gry komputerowej.
Robią to nawet opiniotwórcze tygodniki
polityczne, miesięczniki dla ludzi sukcesu a
nawet prasa kobieca. Recenzja powinna być w
stylu babki, co to na dwoje wróżyła: produkcja
jest niezła, ale ma wady; jest doskonała, ale
trzeba coś poprawić. Wtedy ani wydawca się nie
obrazi, ani gracz pretensji miał nie będzie.
Ponieważ niniejszy tekst jest - w dziedzinie
krytyczno - dżojstikowej debiutem niżej
podpisanego, uprasza się o wyrozumiałość
gdyby coś było nie tak jak trzeba.
Gra
nazywa się "Detektyw Rutkowski",
opakowana jest w miarę porządnie (folia),
kosztuje 7 złotych i 50 groszy. Na tym
jednakowoż kończą się dobre wieści, bo
produkcja stanowi festiwal niewykorzystanych
szans. Najważniejszą szansą były swojskie
klimaty, których w grze ewidentnie brak.
Zupełnie pominięto pobyt Krzysztofa
Rutkowskiego w bytomskim areszcie, a przecież
każdemu z nas zrobiłoby się cieplej na sercu
mogąc zobaczyć na ekranie charakterystyczny
budynek na rogu Powstańców Warszawskich. W
końcu i "dziewiętnastka" tamtędy
jeździ, i speed niebezpieczna prędkość 820 z
Katowic też. Są za to jakieś oderwane od
rzeczywistości misje: aresztowanie dilerów czy
odbijanie zakładników.
Całkowicie
pominięto w rozgrywce najważniejsze elementy
pracy detektywa: występy w telewizji publicznej
i komercyjnej, wywiady dla prasy, nakręcanie
ostrych reportaży z akcji (bomba - gleba, gleba
- bomba), sejmowe przemowy oraz - tak istotne w
pracy dochodzeniowej - podkładanie swojego
głosu w amerykańskim ( z niemieckimi
podtekstami) filmie dla dzieci. Nie ma w grze ani
słowa o zakładaniu szkół dla adeptów
ochroniarstwa pod medialnym nazwiskiem. Ciekawy
jest za to romantyczno - sentymentalny wydźwięk
reprezentowany przez grafikę. Wielu osobom w
podeszłym wieku przypomni zapewne miłe chwile
spędzone nad grami "Wolfenstain 3D",
"Doom" czy "Heretic" i w tym
sensie produkcja stanowi wdzięczny powrót do
przeszłości. W sferze tak zwanej grywalności
(przyjemności czerpanej z prowadzenia gry)
omawiany produkt plasuje się daleko w tyle za
wymienionymi wcześniej. Cała przepaść -
niestety na jego niekorzyść - dzieli go od
obecnego w systemie Windows pasjansa (namiętnie
i bezkrytycznie uprawianego we wszystkich
biurach, sekretariatach i dyrektorskich
gabinetach świata) czy nieśmiertelnego
wisielca.
"Detektyw
Rutkowski" nie ma szczególnych wymagań
systemowych i idzie na czym się tylko da,
korzystnie wygląda na półce czy w kontenerze z
płytami CD - głównie za sprawą kreskówkowego
wizerunku głównego bohatera K.R. trzymającego
w dłoni dymiącą jeszcze spluwę. Widok ten
może być powodem wielu ciekawych refleksji,
także tej wyrażonej onegdaj w powiedzeniu
"jakie czasy - tacy idole". Jeśli
więc ktoś chce w Rutkowskiego zagrać (czyli w
Rutkowskiego się wcielić) - polecamy tę grę,
jeśli nie chce - stanowczo odradzamy. Ktoś
powie, że to felieton na sezon ogórkowy. Może
i tak, a może trzeba przemyśleć nowe
powiedzenie - jacy idole - takie felietony.
Definicja
-
A jak nazywa się twój kot? - Sokrates. - No,
brawo - widzę, że interesujesz się
brazylijskim futbolem. Cytat z komedii stanowi
niezłą ilustrację zjawiska zmiany znaczenia
różnych pojęć, wśród których pojęcia o
internetowym rodowodzie wiodą prym. Na dźwięk
słowa "portal" nawet dopiero co
odhibernowany profesor historii architektury nie
wyobraża już sobie ozdobnego obramienia drzwi,
lecz napakowaną informacjami stronę web. W
dodatku tendencja ta pogłębia się i wszystko
wskazuje na to, iż w najbliższej przyszłości
mieć będziemy co najmniej kilka dodatkowych
regionalnych portali.
Portal regionalny to taki, którego tematyka
krąży wokół spraw obszarowo powiązanych -
tak mniej więcej - z województwem bądź
krainą geograficzną. Portal lokalny zaś
koncentruje się na sprawach miasta bądź
powiatu. Dopiero co poczęte portale śląskie
kierują więc obfitą korespondencję do portali
miejsko - powiatowych wykazując przy tym sporą
determinację. Pierwszy poczęty najpierw
napisał e-mail, a gdy nie udzielono mu
odpowiedzi - zadzwonił. Odpowiedzi nie udzielono
mu, ponieważ łaskaw był w tak zwanej
propozycji współpracy naopowiadać bzdur, iż
jest jedyny tego typu oraz najwspanialszy, zaś
prosta analiza jego treści wykazała coś
zupełnie odwrotnego. Mamy przecież - i to od
dawna - całkiem przyzwoity górnośląski portal
MMSilesia, realizujący z dużym powodzeniem
ideę dziennikarstwa obywatelskiego. Mamy Silesia
Region, choć samorządowy, lecz całkiem
sprawnie pracujący wortal Urzędu
Marszałkowskiego. Wspaniałość nowego tworu
także w znacznym stopniu odbiegała od
przyjętych norm ideału. Później mail
przysłała konkurencja z kolejnego powstającego
portalu śląskiego. Przemiła pani Kowalska (my
name is John Smith) zaproponowała powiatowemu
portalowi bez ogródek: - Na początku nasza
współpraca mogłaby polegać na promocji
Państwa treści w naszym serwisie, aby to
zrobić wystarczy umieścić odpowiedni kod przy
artykule by umożliwić łatwe i szybkie jej
dodanie.
Tłumacząc propozycję na ludzki język i
porównując ją do nieco innych czynności
można powiedzieć pani Kowalskiej, iż w ramach
promocji otrzymuje właśnie możliwość
bezpłatnego wypielenia ogródka niżej
podpisanego (bo okropnie zarósł; ogródek, nie
niżej podpisany), co może uczynić najlepiej
natychmiast, przyjeżdżając ze stosownymi
rękawicami i w stroju roboczym.
Propozycja
trzeciego rodzącego się portalu nie została
nawet do końca przeczytana, ponieważ już na
początku zawierała podobne przechwałki bez
pokrycia (mamy oglądalność) oraz propozycje
ciężkiej pracy całkowicie za darmo. To że
|