Tarnowskie Góry - Portal Powiatu Tarnogórskiego  
  Tarnowskie Góry - Portal Powiatu Tarnogórskiego  

Zbigniew Markowski
RĘKOPIS ZNALEZIONY W INTERNECIE
poniższe teksty ukazały się także w tygodniku Gwarek
felietony 101 - 129   archiwum: felietony 1 -100
(książka elektroniczna pdf)

Troll jaki jest

Twórca pierwszej polskiej encyklopedii, Benedykt Chmielowski przeszedł do historii za sprawą jednego tylko zdania. O ile bowiem jego dzieło "Nowe Ateny" niespecjalnie zostało zapamiętane, o tyle pochodząca z książki definicja konia zrobiła zawrotną karierę. "Koń jaki jest każdy widzi" przeszło do mowy potocznej i cytowane jest wyjątkowo obficie. Jedni naśmiewają się z prymitywnej definicji (jak chcesz wiedzieć, to idź sobie popatrz), inni podziwiają błyskotliwy, choć nieco rąbany styl w jakim autor poradził sobie z trudnym hasłem. Po ćwierci tysiąclecia nie dojdziemy już skąd wzięło się takie a nie inne brzmienie encyklopedycznej notki. Ale pewne tropy pojawiły się w Internecie.

W Internecie problemy z definicjami zdarzają się co chwila, ostatnio zaś jak tajfun nawiedził globalną sieć problem trolla. Choć zjawisko trollingu (działań osobników, którzy publikują treści obliczone na zdenerwowanie innych, obrażenie ich i wywołanie negatywnych emocji) jest tak stare jak Internet, tak naprawdę każdy z nas ma własną, prywatną definicję. Mało tego - dla jednych troll jest nieszkodliwym wariatem, dla innych jednostką godną zamknięcia w co najmniej tymczasowym areszcie. Trollem nazwany został jeden z weteranów polskich dyskusji sieciowych - Arnold Buzdygan, na dodatek określenie to padło w największym na świecie wirtualnym przedsięwzięciu encyklopedycznym - Wikipedii. Arnold B. zażądał odszkodowania, przeprosin oraz zamknięcia internetowej encyklopedii na czas procesu.

Proszę się nie śmiać - takie karne wyłączenie zdarzyło się ostatnio w Niemczech - Wikipedia (za sprawą nakazu sądowego) miesiąc temu zniknęła tam na niemal trzy dni. Lewicowy polityk, Lutz Hellmann poczuł się bowiem urażony notką na własny temat. O ile jednak Niemiec pozwał autorów hasła, o tyle jego polski odpowiednik za cel wybrał sobie stowarzyszenie "Wikimedia Polska" które nie zajmuje się redagowaniem Wikimedii, lecz jedynie jej finansowym wsparciem. Sąd we Wrocławiu, przed którym trwa sprawa z powództwa Buzdygana ma więc podwójny orzech do zgryzienia. Nie tylko musi poradzić sobie z odpowiedzią na pytanie kto tak naprawdę jest odpowiedzialny za treści publikowane w ramach społecznościowej encyklopedii, ale także - i to dopiero jest problem - czy określenie "troll" jest w ogóle obraźliwe. No a jeśli tak - to czy faktycznie powód takim trollem jest.

Z obelgami klasycznymi (świnia, koza, owca, wielbłąd, karaluch) - nie ma żadnego kłopotu, są wyroki albo na tak, albo na nie, mało tego - można odwołać się do z grubsza definiowanych w społecznym obiegu pojęć. Niestety - troll jest stworzeniem mitycznym i w chorzowskim ZOO nie mają ani jednego egzemplarza. Oraz - jako się rzekło - trolla każdy definiuje po swojemu, co bardzo wyraźnie widać w sieci. Działa tam zresztą cała rzesza trolli, którzy nawet nie wiedzą, że trollami są. Szykuje się więc niezła zabawa kiedy biegli sądowi zajmą się z całą należną powagą studiowaniem baśni skandynawskich albo lekturą "Harrego Pottera" by sprawiedliwości stało się zadość. Ale ile byśmy się nie śmiali, trzeba wyraźnie powiedzieć, że w wielu przypadkach Internet przypomina ciśnieniowy garnek w którym zepsuł się zawór wypuszczający nadmiar pary. Znacznie lepiej byłoby, gdyby sądy powszechnie nie były sprowadzane do roli takich zaworów, zaś całą sprawę można było załatwić bez wychodzenia z sieci - za sprawą administratorów, moderatorów czy jeszcze innych orów, którzy w przyszłości uregulują lwią część podobnych do opisywanego problemów.

Zarówno przypadek Chmielowskiego, jak i sądowe perturbacje współczesnych twórców encyklopedii dowodzą, że pisanie haseł to ciężki kawałek chleba. Ale nie ulega wątpliwości, że wyśmiewany osiemnastowieczny autor swój rozum miał, może więc warto czasem pójść w jego ślady. Zamiast opisywać wredne cechy tego czy owego należałoby raczej napisać ogólnie: Arnold Buzdygan (Lutz Hellmann względnie dowolny inny polityk, działacz samorządowy, poseł, radny) jaki jest - każdy widzi. I niech wtedy spróbują kogoś pozwać.


Burza o psa

Był rok 1936 kiedy na potrzeby agencji reklamowej Alex Osborne stworzył nową metodę rozwiązywania problemów. Zadaniem grupy osób jest - według tej koncepcji - stworzenie maksymalnej liczby różnych pomysłów przy jednoczesnym zakazie krytykowania ich oraz braku ograniczeń co do logicznego sensu każdego z proponowanych rozwiązań. Z ilości - po jakimś czasie - wyłania się jakość w postaci gotowej recepty. Od tego czasu burza mózgów sprawdziła się w wielu przeróżnych sytuacjach, stosowano ją z powodzeniem na wszystkich kontynentach i trzeba było dopiero powstania Internetu, by w zakurzony nieco pomysł tchnąć nowego ducha. Bo wspólna praca nad jedną koncepcją nigdzie tak dobrze się nie sprawdza jak w globalnej sieci.

Jak zwykle na początku był pomysł. Użytkownik pewnego forum dyskusyjnego wymyślił mianowicie sposób zarabiania pieniędzy - chciał komercyjnie wyprowadzać psy na spacer. Według jego założenia godzina biegania z czworonogiem kosztować miała złotówkę, ale (ponieważ nie był pewny swoich kalkulacji) poddał całą sprawę pod publiczną debatę. No i zaczęło się. Najpierw poddano w wątpliwość cennik: ktoś obliczył (spryciarz), że 8 godzin biegania non stop z wywieszonym ozorem - psów i własnym - daje zarobek jedynie w wysokości 8 złotych. Dodatkowo uznano, że praca jest ciężka (się biega) oraz ryzykowna (się jest pogryzionym). Głosy oburzenia zaniżaniem wynagrodzenia próbował zrównoważyć człowiek znający rynek: stwierdził on mianowicie, iż właściciele wolą wypuścić psa samego, niż dać 2 złote za godzinę, w związku z czym złotówkowa cena jest całkowicie w porządku.

Kontrowersje wzbudził też sposób rozliczania - ktoś zasugerował, że zamiast złotówki lepiej brać butelkę piwa. Inna osoba zaproponowała lepszy biznes: porywamy psa dla okupu i za zwrot żądamy 100 złotych. W przypadku zerwania negocjacji zwierzak miał być sprzedany do jakiegoś miejsca nazywanego China Town, ale koncepcja ta (jako nielegalna) została odrzucona. Kolejny dyskutant zaproponował coś, co w świecie marketingu nazywane jest dywersyfikacją oferty czyli: za złotówę szybkie siusiu, 2 złote - krótka trasa, aby piesek zrobił wszystko co trzeba, za 5 spacer w miejsce gdzie może się wybiegać. Dodatkowym atutem pomysłu był krótki czas realizacji usług najtańszych. Do głosu doszły także środowiska obrońców zwierząt - stwierdzono, iż taka usługa to maltretowanie czworonogów zmuszanych do latania bez sensu.

Później dobrano się do pomysłodawcy, który pechowo podpisywał się pseudonimem "zdechlak". Jedni powątpiewali czy taki zdechlak da radę godzinami biegać z psami, inni bronili go twierdząc że może to jakiś rodzimy Forest Gump, który uwielbia jogging - najlepiej na tysiąckilometrowych trasach. Znalazł się pewniak (chyba posiadacz charta) który stwierdził, że biegu z jego psem nikt nie wytrzyma. Następnie energia kreatywności rozlała się po okolicy - zaczęto wymyślać kolejne sposoby zarabiania. Jako że w najlepsze trwała zima ktoś zaproponował lepienie bałwanów za pieniądze, później - znieważanie konkretnych osób poprzez wypisywanie na śniegu stosownych haseł.

Rzec można, że była to burza mózgów w szklance wody, ale nie ulega wątpliwości, że temat rozpracowany został szczegółowo i rozebrany na czynniki pierwsze. Przewidziano wszystkie możliwości - jak w koncepcji Osborne'a - bez specjalnego przejmowania się logiką, choć z kreatywnego chaosu coś się jednak wyłoniło. Autor wątku nie napisał, czy usługę wprowadził w życie, czy ewentualne przedsięwzięcie opłaciło się, no i co na to wszystko psy. Z braku odpowiednich danych felieton ten został przeczytany psu. Pies zamyślił się głęboko, spojrzał niżej podpisanemu w oczy i spytał po angielsku (w końcu to język marketingu) - how? No właśnie - ciągle nie wiadomo za ile. Dlatego został wyprowadzony zupełnie za darmo.


Pociąg do Mławy

Na dworcu kolejowym w Ciechanowie pracowała onegdaj przesympatyczna kasjerka. Zapytana o to czy jakiś pociąg jedzie przez Mławę odpowiadała z dumą - jedzie. Owszem, jechał - tyle że z prędkością 120 kilometrów na godzinę. Kiedy nieszczęsnego pasażera po kilku dniach los rzucił znów w stronę tego samego dworca w Ciechanowie i tej samej kasjerki, zadał pytanie o to, dlaczego został wprowadzony w błąd. - Pan pytał czy jedzie, a nie czy się zatrzymuje - odparła kolejarka używając żelaznej jak szyna logiki. Sytuacja kolei między Ciechanowem i Mławą przypomina nieco realizację punktu z ustawy o internetowym Biuletynie Informacji Publicznej.

W ustawie zapisano bowiem jak byk, iż system teleinformatyczny Biuletynu koniecznie musi zawierać w sobie wyszukiwarkę. Tak więc BIP-y Urzędu Miejskiego w Tarnowskich Górach oraz tarnogórskiego Starostwa owszem - zawierają. Nawet więcej niż jedną, bo obie instytucje z czasem zarchiwizowały sobie tak zwane zasoby i mają teraz BIP stary i BIP nowy. Archiwalny system Urzędu Miejskiego kusi przyciskiem "szukaj" - wpisujemy więc do okienka frazę, której zabraknąć na witrynie nie może - "protokół z posiedzenia". Bingo! Znaleziono 285 stron odpowiadających kryteriom. Jeżeli szukacz naiwniak wybierze jednak którykolwiek z wyników system automatycznie przekieruje go na stronę główną archiwalnego BIP-u i będzie mógł powtarzać proces szukania aż do śmierci. Jak w tej zabawce dla idioty: kartce papieru z napisem po obu stronach "odwróć karteczkę".

Może w drugiej, aktualnej wersji jest dobrze? Nie jest, bo wpisanie tego samego wyrażenia nie wyświetla jakichkolwiek wyników: zero czyli nic. System łapie o co chodzi dopiero kiedy wpiszemy samo słowo "protokół" ponieważ nazwy rozpoznaje tak, jak gdyby były jednym (w tradycyjnych wyszukiwarkach oznaczonym cudzysłowem) wyrażeniem. Jak ktoś nie użyje frazy "Protokół Nr 37/2008 z posiedzenia" to nie zajdzie.
Kiedy wpisać jakiekolwiek szukane słowo w archiwalnym BIP-ie Starostwa, system zamyśla się egzystencjalnie jak Jean - Paul Sartre - na kilka godzin. Co dzieje się później - nie wiadomo, bo nikt nie ma tyle czasu, żeby to sprawdzić. Na wszelki wypadek przycisk "wyszukiwania zaawansowanego" jest kompletnie nieczynny. Nowemu idzie niewiele lepiej, bo - jego zdaniem - wyrażenia "protokół z posiedzenia" po prostu nie ma. Jeśli jednak (korzystając z bogatych doświadczeń zdobytych na stronie tarnogórskiego Urzędu Miejskiego) wpiszemy samo słowo "protokół" otwiera się bogactwo możliwości. Dopiero teraz w pełni zrozumieć można dlaczego szukanie (szukajcie a znajdziecie) jest biblijną cnotą - uczy cierpliwości, wyrozumiałości, a nade wszystko pokory wobec urzędniczo - informatycznego wytworu jakiegoś współczesnego doktora Frankensteina.

Można się tłumaczyć tym, że w innych urzędach podobne systemy wcale nie działają lepiej. Można się tłumaczyć, że przecież na potrzeby wyszukiwania (tego prawdziwego, w prawdziwych sieciowych wyszukiwarkach) pracują olbrzymie i wyrafinowane systemy, które nijak mają się do możliwości lokalnego urzędu. Można się tłumaczyć, że "działało, ale padło", ponieważ papier cierpliwy jest jak mało co innego. Ale jeśli mielibyśmy załatwić tę sprawę raz na zawsze, tak żeby już nikt nigdy się tego nie czepiał, należałoby raczej zastosować zupełnie nowatorskie, a pasujące do wspomnianej kasjerki rozwiązanie. Trzeba zmienić zapis ustawy. Proponowane brzmienie to: "system Biuletynu Informacji Publicznej musi zawierać w sobie - ku wygodzie użytkowników - wyszukiwarkę, ale wyszukiwarka ta wcale nie musi działać." I wtedy powie się uczciwie: - pan pytał czy jest, a nie czy działa. Jak w Ciechanowie.


Do przerwy 0 : 1

Za sprawą batona przez chwilę wydawało się, że Internet swoją mocą reklamową przeskoczył telewizję. Telewizja pokazała bowiem zamazany do niemożliwości spot coś reklamujący oraz informowała, że pełna wersja znajduje się na jakimś www. Na www człowiek dowiadywał się dopiero o co chodzi: o nagie batony pochłaniane przez ochroniarza, który po zjedzeniu energetycznej czekolady może zrobić porządek z kibicami - naturystami. Branżowe portale poświęcone sieciowej reklamie odgwizdały wynik 1 : 0 dla Internetu. Niestety - czar prysł. Zabieg okazał się być mimo wszystko zwycięstwem telewizji, która po jakimś czasie (jak reżyser budujący napięcie) dała prawie całą nagość w komplecie.

Nie oznacza to oczywiście, że Internet - pretendent do tytułu mistrza świata w reklamie - cokolwiek stracił - po prostu po raz kolejny marketingowy walec szklanego ekranu udowodnił swoją wyższość. Ale przy okazji okazało się, że sieć ma co coś, czego telewizja (oraz prasa czy radio) z natury rzecz mieć nigdy nie będzie - nieograniczoną pojemność. Bez żadnej szkody można więc publikować w Internecie nie limitowane niczym teksty reklamowe; w końcu jeśli ktoś ich nie chce czytać - to wcale nie musi. Jeśli jednak znajdzie się amator takiej treści - będzie miał dokładnie to, czego potrzebuje. Sieć daje możliwość zabawy towarem: fan gier może sobie posterować platformowo swoim proszkiem do prania, a amator komórek wirtualnie zapoznać się z obsługą nowego modelu telefonu. Możliwości prezentacyjne są nieograniczone - ruchomy obraz, animacja, mapka interaktywna i co tam jeszcze ludzka pomysłowość jest w stanie z siebie wyrzucić.

Pojemność Internetu powoduje, że stał się on etatowym uzupełniaczem - jeśli jest konkurs, to szczegóły znajdziecie Państwo na www. Ogłoszono przetarg - proszę bardzo - tu są ogólne warunki, ale projekty umów ulokowano na www. Nawet osoby aplikujące na stanowiska pracy przysyłając życiorys dodają nieśmiertelną formułkę - więcej na www. Jeszcze chwila, a z sejmowej trybuny usłyszymy: - zgłaszam sprzeciw - wyjaśnienia na www. Tylko w przypadku szkolnych dzienniczków on - line sytuacja jest odwrotna: na www mamy raport z ocenami i frekwencją, a później delikwent udziela wyjaśnień na żywo.

Sieć ma jeszcze jedną ważną dla reklamy cechę - jest społecznościowa. Telewizję oglądają wszyscy i przy czynności tej trudno wyodrębnić jakąś grupę kierującą się innymi niż pozostali przekonaniami. Internet może wyraźnie pogrupować zwolenników kultowych reklamówek z udziałem kabaretu, którzy z własnej, nieprzymuszonej (tak, tak) woli kolekcjonują kolejne komercyjne produkcje. Może skupić wokół witryny zwolenników jednej marki lub przeciwników innej. Może zagwarantować kontakt w przypadku pojawienia się nowej oferty oraz sto innych rzeczy nie będących udziałem starych mediów. Mecz mediów tak naprawdę nie istnieje, bo każde z nich gra w zupełnie innej lidze: każde jest potrzebne i każde jest inne. A gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości, to szczegóły są na www.


Matryca

- Nasze życie jest sztuczną projekcją, wszystko co dzieje się wokół nas jest wymyślone, zaprojektowane i stanowi jedynie nie związaną z rzeczywistością fikcyjną pożywkę dla umysłu - taka jest (w największym skrócie) idea filmów spod znaku "Matrix". Choć film pobił rekordy popularności w wielu krajach, w Polsce obejrzeliśmy go, pokiwaliśmy głowami i przeszliśmy nad pomysłem do porządku dziennego. Być może dlatego, że w konkurencji projektowania sztucznych światów mamy znacznie większe doświadczenie niż inne narody.

W końcu to u nas - jeszcze w epoce romantyzmu - powstał twór oznaczony tajemniczą liczbą 44, która jak się ostatnio okazało oznacza najnowszego prezydenta USA. To u nas istniały alternatywne dla zaborczych czy okupacyjnych - własne państwa, równoległa kultura i sztuka oraz byt wyznaczany porozumiewawczym mrugnięciem powieki. Od stuleci zawsze są jacyś "oni" - żyjący w jednej fikcji i "my" - posiadający własną. Nie wiedzieć dlaczego wysoki poziom patriotyzmu we krwi wyznaczany jest częściej przymocowaniem barw narodowych do samochodu w czasie meczu piłkarskiego organizowanego przez skorumpowane środowiska (i z reguły przegranego) niż zwykłą flagą w oknie.

Najważniejszym jednak dowodem na istnienie sztucznych światów są internetowe komentarze przeróżnych wiadomości. Jeśli tylko wiadomość zawiera w sobie element konfrontacji dwóch narodów możemy się bez większego ryzyka spodziewać tekstu w stylu: - Polacy, jestem Węgrem (Rumunem, Białorusinem, Rosjaninem, Niemcem * niepotrzebne skreślić) dziwię się waszemu podejściu - po czym następuje poważna krytyka jakiegoś aspektu tak zwanego polskiego myślenia. Rzecz jasna autor wpisu wychodzi z założenia, że wymienione kraje przepełnione są polskimi Windowsami, klawiatury obsługują polską stronę kodową, zaś każdy statystyczny obywatel Rumunii potrafi budować w języku Mickiewicza piękne zdania podrzędnie złożone. Zdarzają się oczywiście podróbki bardziej wyrafinowane, z wtrąconymi rusycyzmami czy brakiem znaków narodowych, nie zmienia to jednak faktu, że nawet wrogów potrafimy sobie sprokurować sami. Pod wpisem pojawiają się później teksty: racjonalne i nieracjonalne: przypominające kulturkampf albo zsyłki, najazdy tatarskie albo potop szwedzki, z nalepką patriotyczną albo szowinistyczną. Po kilku godzinach od rozpoczęcia dyskusji mamy już taki matrix o jakim się braciom Wachowskim nigdy w życiu nie przyśni.

Niewykluczone oczywiście, że wśród komentatorów zdarzają się czasem prawdziwi Rosjanie czy Irakijczycy do cna nienawidzący wszystkiego co polskie, jednakowoż nie zmienia to faktu, że tak naprawdę Internet bardzo mocno przypomina zwyczajną, poczciwą lornetkę. W zależności od tego do której strony przyłożymy źrenicę oka - możemy zobaczyć wynaturzony, zmniejszony lub zwiększony świat alternatywny. Belkę w cudzym oku i brak źdźbła we własnym. Na szczęście sieć także zbliża i z Internetu można dowiedzieć się również o londyńskiej, rozpoczynającej się za tydzień wystawie tarnogórskiej malarki Anny Osadnik. Może dziwny świat Osy - pełen wysmakowanych kotów, smoków, łosi jest jednak prawdziwszy od niektórych matrixów.


Czerwona linia

Klasyk stwierdził onegdaj, że rozsądek od szaleństwa oddziela jedynie cienka czerwona linia. O ile kolor owej linii problemu nie stanowi, o tyle często - zarówno w życiu zwanym realem, jak i w świecie Internetu - możemy mieć bardzo poważny kłopot z grubością granicy oraz jej przebiegiem. Czasem nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy konkretna osoba lub jakieś zjawisko jest przed czy za linią oddzielającą nas od szaleństwa.

Tak zwana rodzina Adamsów z Koszęcina w ciągu jednego tygodnia przeskoczyła medialnie wszystko to, co miejscowości udało się uzyskać przez długie stulecia: w kąt poszedł zespół "Śląsk" i zabytkowy kościółek z internetowymi transmisjami mszy. Jeden portal po drugim spieszył, by opowiedzieć o człowieku prowadzącym stronę poświęconą nekrofilii. Wirtualna Polska stwierdziła, że na witrynie "zamieszcza szokujące opisy i zdjęcia stosunków seksualnych ze zmarłymi", kolejne portale pokusiły się o wywiad z koszęcińskim celebrytem okraszając go tytułami publikowanych na jego stronie opowiadań - "Orgazm z trupem" czy "Seks z martwym facetem". Nie zapomniano dodać, że lokalna społeczność brzydzi się sąsiedztwa pana Adamsa i najchętniej wygnałaby go gdzieś poza granice administracyjne.

Równolegle trwały sieciowe i prasowe dyskusje o kolejnym użytkowniku Internetu - człowieku, który świadomie narażał innych na zarażenie wirusem HIV. Wszystkie - co do jednej - ofiary poznał za pośrednictwem sieci: także piętnastolatkę - uciekinierkę z domu. Tożsamość potencjalnych poszkodowanych policja ustala dziś na podstawie danych znalezionych w komputerze sprawcy. Nielegalna pornografia, oszustwa czy dewiacja zamieniająca człowieka w twór humanoidopodobny co jakiś czas wyciągają Internet na czołówki gazet, wywołują słuszne przerażenie, dyskusje i wątpliwości.

Może warto więc czasem spojrzeć na globalną sieć nie jak na plątaninę różnych przewodów, procesorów i przestrzeni dyskowej, lecz jak na narzędzie. Narzędzie w istocie swojej podobne do młotka, przy pomocy którego można zrobić mnóstwo pożytecznych rzeczy: podzelować obuwie, stworzyć piękną rzeźbę, naprawić zepsute urządzenie. Młotkiem jednak można także zabić. Internet rzecz jasna jest bez porównania bardziej skomplikowany i składa się z większej liczby części niż trzonek i obuch - lecz to jednak tylko narzędzie. Narzędziami posługują się ludzie o dobrych intencjach oraz ci, którzy mają złe zamiary. Ciemna strona sieci kontratakuje bez ustanku czasem więc warto zadać pytanie, dlaczego - choć nigdy, przenigdy nie zostawimy małego dziecka w towarzystwie leżącego na stole pudełka zapałek (bo to niebezpieczne) nie mamy nic przeciwko temu, by to samo dziecko bezkrytycznie wędrowało przy pomocy wirtualnego narzędzia.

Sieć jest narzędziem, które najtrudniej wyrwać z dłoni szaleńca. Jest medium, w którym łatwo o opinie typu "nie widzę nic złego w takim czy innym zachowaniu", "ta strona nie zawiera niczego szczególnego". I może właśnie dlatego ciągle nie wiemy gdzie przebiega ta czerwona linia oddzielająca rozsądek od szaleństwa.


Taka fryzura

Fryzury dzielą się podobno na wymodelowane, średnio wymodelowane oraz kreatywne. Pod pojęciem kreatywności często kryje się najzwyklejsze w świecie rozczochranie gdzie każdy włos idzie w swoją, odmienną stronę, zaś całość sprawia wrażenie idealnego chaosu. Gdyby porównać Internet do któregoś z typów fryzur bez wątpienia otrzymalibyśmy najwyższy stan rozczochrania. Mechanizm ten (obecny we wszystkich zakątkach świata) najłatwiej chyba omówić na przykładzie tarnogórskiego Manfreda.

Mimo młodego wieku Manfredowi udało się onegdaj stworzyć bardzo przyzwoitą stronę o nazwie "Tarnowskie Góry - miasto gwarków". Pomieszczono na witrynie kilka artykułów historycznych ilustrowanych zdjęciami, opisano herb i walory miasta, zrobiono odpowiednie listy zabytków - jednym słowem sprawa przedstawiała się całkiem przyjemnie oraz rozwojowo. Po jakimś czasie rozwój nastąpił za sprawą hiperłącza wiodącego do kolejnej strony (tym razem o nazwie "Tarnowskie Góry") - także autorstwa Manfreda.

Pomieszczono na witrynie kilka artykułów historycznych ilustrowanych zdjęciami, opisano herb i walory miasta, zrobiono odpowiednie listy zabytków - jednym słowem sprawa przedstawiała się całkiem przyjemnie oraz rozwojowo. Po jakimś czasie rozwój nastąpił za sprawą hiperłącza wiodącego do kolejnej strony - także autorstwa Manfreda. Jak było do przewidzenia - strona zawiera kilka artykułów historycznych i tak dalej, i tak dalej. Aby móc wyciągnąć stosowne wnioski posłużono się w sprawie Manfreda wywiadem środowiskowym, ten zaś prowadzi do następujących wniosków. Wniosek pierwszy: być może autora stron w Sempie przycisnęli i zamiast zajmować się Internetem musi zając się biologią i fizyką. Wniosek drugi: być może rozwój (po załatwieniu biologii i fizyki) jednak nastąpi i światowa sieć teleinformatyczna otrzyma czwarte dzieło Manfreda, możliwe też jest, że któreś z dzieł poprzednich zostanie poważniej uzupełnione oraz rozwinie szerzej skrzydła. Póki co jednak wspomniane strony straszą. Pierwsza - potworną objętością sprawiającą, iż witryna ładuje się wolno, zdjęciami podprowadzonymi to tu, to tam choć przecież można zrobić własne. Druga - prezentowaniem na najważniejszym miejscu rozkładu jazdy corocznej imprezy "Gwarki", choć - jak wiadomo - nie ma już co prezentować, bo impreza przebrzmiała i odpłynęła w historyczną otchłań. Trzecia - zachętą autora do przysyłania tekstów, bo czego jak czego, ale żądania od innych pracowitości nie da się wyegzekwować bez pokazania własnej. No i niestety - wtórnością wykorzystanych w realizacji pomysłów.

Niniejszy tekst nie stanowi krytyki Manfreda: nikt nie powiedział, że Manfred jest dobry albo zły. Manfred po prostu jest - i dobrze, że jest. Na pewno u wyżej wymienionego z czasem zauważyć się dało znaczny postęp jeśli chodzi umiejętność wykorzystania domen, serwerów, blogów, budowania stron, tworzenia ich zawartości, promowania własnej pracy. Mało tego - Manfred na swój rozczochrany sposób jest sympatyczny. Stanowi też wzorcową jednostkę budującą nasz nieograniczony w swojej objętości, różnorodności i w swoim rozczochraniu Internet. Bo Internet to po prostu jeden Manfred do nie wiadomo której potęgi.


Wywiad z kasicąąą

Jeśli ktoś nie wie kto to jest kasicaaa - nie wie o tarnogórskim Internecie nic. Mailowy wywiad z moderatorką najpopularniejszego forum dyskusyjnego o mieście przekładany był wielokrotnie na wniosek obu stron. Ale wreszcie jest.

Czy ktoś ostatnio dzwonił?

Ostatnio jeden z panów na świeczniku, dyrektor Parku Wodnego. Prosił żeby wyciąć cały wątek o nim, bo chociaż co prawda spadł na bardzo dalekie pozycje i ludzkość internetowa o nim zapomniała, kiedy wpisze się jego nazwisko w Google, to akurat ten wątek się pechowo pokazuje na pierwszym miejscu. Wyznał też, że jako szef prywatnej firmy, jest przecież osobą prywatną a nie publiczną i omawiać jego przypadku na forum nie należy. Wolałam nie dyskutować na temat stosunków własnościowych w AIG.

A pan Wilk nie dzwonił? Sporo można było o nim przeczytać... No i pan Chmiel też niejedno usłyszał.

Pan Wilk nie dzwonił :) I nawet nie pisał. Odgryzał się samodzielnie na forum. I chwała mu za to. Za to pan Chmiel i owszem. Nieźle mu się oberwało, było parę wypowiedzi dużo poniżej średniej. I w ogóle poniżej wszystkiego - niektórzy forumowicze są bardzo dobrze poinformowali, to aż fascynujące. Wywlekali sprawy mocno prywatne, padło też parę pomówień i gróźb. Ale przecież posty, które naruszają prawo, regulamin czy netykietę usuwam sama z siebie i naprawdę nie trzeba do mnie aż w tej sprawie wydzwaniać.

Może dlatego tyle wiedzą, że załatwiają przy pomocy Internetu własne, prywatne porachunki?

Na pewno - zwłaszcza na forum tarnogórskim, które jest bardzo agresywne. Chyba to forma terapii: jak cię wkurzy szef, albo za mało zapłaci, kwiatka na dzień kobiet nie da, ofuknie - najprościej jest ulżyć sobie na forum. Ludziom się wydaje, że nikt ich tam nie rozpozna, że mogą się wygadać bezkarnie. Podobno w japońskich firmach są specjalne wyciszone pokoje - a w niektórych stoją nawet kukły wyobrażające szefów - i tam można sobie ulżyć. U nas jest forum. Jeśli ktoś czegoś chce, to niech napisze maila - nie lubię mieszać sieci z realem. Bywały sytuacje na tyle poważne, że jedna ze spraw trafiła do prokuratury, "bohater" usiłował mnie skłonić do udostępnienia mu skasowanych postów (zresztą nie on jeden), a najlepiej jeszcze danych ich autorów. Otóż mówię wszem i wobec: nie ma takiej możliwości. Takie informacje są przekazywane organom ścigania na ich wniosek. Administratorzy społeczni nie mają takich uprawnień i nie chcą ich mieć...

...a z drugiej strony administratorzy społeczni wcale nie muszą kasować postów - ich odpowiedzialność jest zerowa.

Oczywiście:) Po prostu pomagam administracji i robię to z dobrej woli. I jeśli czegoś nie usunę - to nikt nie może mieć pretensji. Zresztą kasowanie to w ogóle sprawa bardzo ciężka :) Obrywam od forumowiczów i wtedy, kiedy coś poleci, i wtedy, kiedy nie poleci. na forum jak w życiu: kiedy masz dwóch dyskutantów, to od razu masz trzy różne opinie.

Kiedy rzucisz tym moderowaniem o ścianę?

Mimo że odpowiedzialność aesów teoretycznie jest zerowa i nikt nam nie płaci, to właśnie my najbardziej obrywamy. Czego się już o sobie nie naczytałam! O tym, żeby to rzucić w cholerę, myślę co najmniej raz w tygodniu, jak zadzwoni do mnie starosta to nie zdzierżę:) Tylko najpierw muszę wyśledzić, skąd oni wszyscy mają numer mojej komórki?


Odyseja

Choć postać Odyseusza kojarzy się z antyczną literaturą i bohaterstwem oraz - co tu dużo mówić - zajeżdża spiżem, zasadniczy problem herosa podobny jest w swojej istocie do przeżyć drobnego pijaczka: strasznie dużo czasu zajmuje mu powrót do domu. W cyberświecie drogi wszelkich zjawisk także bywają pokrętne i aby coś wróciło na swoje miejsce potrzeba często wiele czasu. Prawu Odyseusza nie oparły się nawet tak z pozoru stabilne twory jak internetowe domeny. Nade wszystko zaś potrafią one zaskoczyć bardziej niż Kirke i cyklop Polifem razem wzięci.

Czego może spodziewać się człowiek wchodzący na stronę tarngory.com? Pewnie jakiegoś serwisu miejskiego związanego z grodem gwarków. Może, ale się zawiedzie, bo wymieniona strona zawiera w sobie przepis (w języku angielskim) na sałatkę szpinakową z mango i papają. Receptura może zresztą zabić każdego komandosa ulicznej gastronomii ponieważ w kreatywny sposób łączy musztardę z marmoladą oraz olejem. Dla odmiany jeśli wybierzemy adres akademiatarota.pl możemy zapoznać się z kompleksową ofertą tarnogórskiego biura podatkowego (księgi przychodów i rozchodów). To przykłady skrajne, wynikające z irracjonalnych wichrów, wirów i prądów.

Ale zdryfować można też z przyczyn racjonalnych - jeżeli jakiś miłośnik ptactwa ze szczególnym uwzględnieniem gwarków zacznie używać logiki w konstruowaniu adresów www - może się pomylić. Gdy użyje liczby mnogiej trafi na nieźle wypozycjonowane, nader liczne serwisy poświęcone wrześniowej, tarnogórskiej imprezie masowej o której nigdy w życiu nie słyszał. Z liczbą pojedynczą gwarka jest jeszcze gorzej, bo najpierw jest jakaś gazeta o tym tytule, potem klub sportowy z Gliwic, następnie ustawia się w kolejce cały szereg pensjonatów i spółdzielni - tylko ptaka jakoś nie widać. Można zaryzykować twierdzenie, iż ptaka nie ma, bo zabiła go komercja. Wędrówki domen po dziwnych szlakach często spowodowane są właśnie przez odwieczną ludzką chęć zarobienia pieniędzy - choć gigantyczne sumy za dobry adres bliższe są raczej greckim mitom niż realnej praktyce życia gospodarczego. Domenę - po pierwsze - łatwo bowiem zastąpić inną: z użyciem myślnika, podkreślnika, przedrostka czy skrótowca, bo wartość strony nie wynika z samego adresu, lecz przede wszystkim decyduje o niej zawartość poszukiwana przez odwiedzających. Tak więc właściciel domeny niegocin.com nadal będzie musiał wykazać odyseuszowską cierpliwość i wszystko wskazuje na to, że niewiele zarobi.

Po drugie - kombinatorstwo domenowe zbyt wiele razy znalazło swój sprawiedliwy koniec w sądzie, by wierzyć iż spekulacja adresem to dobry pomysł na życie. Choć w większości przypadków dziwna zawartość domen wynika z zasady "kto pierwszy ten lepszy" i na pewno powoduje sieciowe zamieszanie, trudno jest wypracować metodę lepszą. W końcu jeśli ktoś nazywa się Kaczyński nie można pozbawiać go domeny, bo takie samo nazwisko nosi prezydent. Jeśli zrozpaczony właściciel atrakcyjnego (jego zdaniem) - adresu od wielu lat nie znajduje nabywcy skłonnego zapłacić milion dolarów - w desperacji może nam podać mango z musztardą. A do tego, że wszyscy jesteśmy Odyseuszami błądzącymi czasem między pokręconymi wyspami trzeba się po prostu przyzwyczaić.


Ciekawe czasy

Po wyczerpaniu całego arsenału różnych wyrafinowanych przekleństw rozwścieczony starożytny Chińczyk miał już w zanadrzu tylko jedno. Patrzył złym wzrokiem na swojego przeciwnika, zastanawiał się jeszcze chwilkę (czy aby nie przesadza) i rzucał w stronę wroga największą obelgę - obyś żył w ciekawych czasach. Jeśli klątwa zadziałała delikwent trafiał akurat na okres zmiany dynastii, jakiś najazd albo przynajmniej zamieszki. W najlepszym przypadku spędzał kilkadziesiąt lat życia na rzeźbieniu terakotowej armii. Życie w ciekawych czasach jest ulubionym zajęciem wszystkich Polaków, którzy mieszkając na skrzyżowaniu Europy czasy ciekawe mają zawsze.

Może właśnie dlatego wszystko co fundamentalne, epokowe i kontrowersyjne w Internecie (a co inne nacje omawiają godzinami) u nas przechodzi niemal bez echa. Niemal bez echa przeszedł właśnie proces między platformą aukcyjną E-Bay będącą amerykańskim odpowiednikiem Allegro a producentem biżuterii o nazwie Tiffany. Specjaliści Tiffany obliczyli, iż 95% wszystkich produktów sygnowanych ich logo podczas sprzedaży w systemie E-Bay to podróbki. Trudno rzecz jasna stwierdzić ile w owych rachubach jest prawdy - znając proporcje między markowym piractwem w Polsce i USA można bowiem zaryzykować twierdzenie, że w takim razie nasza rodzima oferta zawierać powinna jakieś 400% falsyfikatów. Sprzedawcy biżuterii uznali że cierpliwość nie jest wieczna (w odróżnieniu od diamentów) i poszli do sądu.

Zażądali nie tylko odszkodowania, lecz i wprowadzenia przez internetowe przedsiębiorstwo znacznie lepszych zabezpieczeń gwarantujących na przyszłość walkę z podróbkami. E-Bay odpowiedział grzecznie, iż na zabezpieczenia o których mowa wydaje rocznie 20 miliardów dolarów, zaś jej 250 pracowników oprócz wyłapywania oszustów podszywających się pod cudze marki nie robi nic innego. Użyto także argumentu o możliwości zgłoszenia w dowolnej chwili wątpliwości związanych z każdą transakcją. W amerykańskim społeczeństwie rozgorzała dyskusja, która trwa do dziś - mimo iż wyrok w sprawie już zapadł. Sąd podsumował cztery lata kontrowersji w bardzo prosty sposób: podróbka podróbką, ale jeśli internetowy pośrednik robi wystarczająco dużo w tej sprawie (a zdaniem sądu - owszem, robi) - jest bez winy. Ktoś na sądy najwyraźniej rzucił jednak starochińską klątwę, bo jak już przedstawiciele Temidy uporają się - choć być może chwilowo - z podróbkami, od razu wchodzi na wokandę handel elektroniczny, dane osobowe lub piractwo muzyczne.

Z tym ostatnim zresztą jest najciekawiej, bo wystarczy zerknąć na rapidshare, by dojść do wniosku że mit o nastoletnim, pryszczatym wielbicielu rapu nie do końca jest prawdziwy. Można bez trudu odnaleźć (jak u Monthy Pythona) całe gangi wiekowych babć i dziadków z upodobaniem piratujacych Irenę Santor, Mieczysława Fogga i Franka Sinatrę. Może więc to Internet dotknięty został u samych narodzin jakimś chińskim przekleństwem, bo ciekawe czasy są w nim zawsze. Były dziesięć lat temu, są i teraz. No i może dlatego my, Polacy tak dobrze czujemy się w globalnej sieci - w końcu nikt nie zna się na ciekawych czasach tak dobrze.


Dlaczego Lenin?

Jeden z dowcipów ponurej epoki realnego socjalizmu dotyczył treści maturalnego wypracowania. Treść owa brzmiała tak: - Kto jest twoim idolem i dlaczego akurat Lenin? Zagadka z Leninem jest typowym przykładem pytania zawierającego odpowiedź. Czasy rządów komunistycznych obfitowały zresztą w podobne pytania - nawet pod sam koniec zafundowano narodowi referendum pod hasłem zbliżonym nieco do kwestii - czy wolisz być piękny i bogaty, czy biedny i brzydki? Ponieważ w Internecie jest wszystko, można w nim znaleźć także podobne pytania.

Tarnogórski Urząd Miejski zadaje nam więc na swojej witrynie kwestię do przemyślenia: - Dlaczego warto mieszkać w Tarnowskich Górach? Trudno powiedzieć co ma z tym zrobić hipotetyczny osobnik uważający, że w mieście mieszkać nie warto, nawet jeśli wie dlaczego tak sądzi - nie ma dla niego stosownego okienka tekstowego. Niewykluczone, iż autor tak postawionego pytania oglądał krążący od kilkunastu tygodni w globalnej sieci filmik reporterów portalu MM Silesia. Tarnogórzanom kazano wówczas dokończyć zdanie - "Moje miasto jest..." Ponad wszelką wątpliwość okazało się, że czego jak czego, ale lokalnych patriotów nam nie brakuje. Moje miasto jest fajne, ekstra, cudowne, piękne, wspaniałe. Nawet rowerzyści (ewidentnie w tak zwanym okresie buntu) stwierdzili, że co prawda ciągle ich ktoś przepędza w czasie wykonywania śmigów, no ale przecież buduje się scate park i w ogóle jest mocno wporzo. W mieście gwarków nie ma problemu z kobietami (piękne są), nieźle wypada zaplecze kulturalne (wiele się dzieje). Aż się człowiek zastanawia, czy tego filmu nie robiły te emendemsy, które lecą w kulki.

To że władza zadaje ludziom pytania bez wątpienia jest chwalebne, choć - po latach smutnych doświadczeń - w podświadomości społecznej ciągle jest wiele nieufności. Nawet profesor Miodek poproszony przez niżej podpisanego o tekst na temat ulicy Krakowskiej od razu spytał: - Czy ktoś chce zmienić nazwę ulicy? Nie wolno do tego dopuścić! Jeżeli władza o coś pytała, to albo chodziło jej o alibi w postaci opinii społecznej, albo chciała dać do zrozumienia, że niesłychanie ciężko nad czymś pracuje i trzeba jej w tej pracy pomóc. Internet do prawdziwych badań socjologicznych nadaje się - co tu dużo mówić - dość średnio. Gdyby słuchać opinii przeróżnych sond, to według jednych - prezydentem Polski powinien być Janusz Korwin - Mikke, według innych - Krzysztof Kononowicz, zaś Jozin schowany normalnie w bazinach ma już w kieszeni nominację ambasadorską.

Nawet badania opinii publicznej poza siecią (jeżeli mają się udać) wymagają profesjonalnego podejścia: dokładnego doboru próby respondentów, prawidłowego doboru pytań, rzetelnej, popartej doświadczeniem analizy. Tylko wtedy mają sens i tylko wtedy można odpowiedzialnie posługiwać się ich wynikami. Zgoda - przyczepiliśmy się do jednego tylko pytania, które nie przesądza o całości badań, z których być może coś nawet wyjdzie. Przyczepiliśmy się tylko do części on-line, a są jeszcze ankieterzy. Ale to nie jest powód, by pod koniec pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku serwować na stronie www jakiegoś Lenina. Bo można się potem spotkać z zarzutem, że to przez was (przez was - autorze pytania, przez was) ten Lenin jest wiecznie żywy.


Bajka o szczęściu

Jednym z zasadniczych motywów bajek jest kwestia poszukiwania szczęścia. Czynność ta - przynajmniej w bajce - zawsze prowadzi do morału, że szczęście znajdzie tylko ten, kto da szczęście innymi, zaś cały proces rozpoczyna się w chwili, gdy jakiś Maciuś bierze zgrzebną lnianą koszulinę i wyrusza boso w stronę najbliższego lasu. Ponieważ tradycyjne bajki mogą nie wytrzymać próby postindustrialnych czasów i wykazują niewielką kompatybilność z aspiracjami XXI wieku, przedstawiamy dziś sieciową wersję bajki o poszukiwaniu szczęścia.

Maciuś oparł wygodnie sportowe najki na krawędzi biurka i zapatrzył się w monitor. Kto by tam włóczył się po lesie w koszulinie, dziś wszystkiego szukamy na google, wystarczy użyć klawiatury. S-z-c-z-ę-ś-c-i-e: pracowicie wystukał w okienku i po chwili aż jęknął z zadowolenia - jedenaście i pół miliona wyników! - Mam szczęście. Na prawdziwe szczęście dla Maciusia przeglądarka włączony miała filtr antypornograficzny, bo dopiero by się tego szczęścia naoglądał - we wszystkich możliwych odcieniach.

- Jest - ucieszył się Maciek - firma ze słówkiem "szczęście" w domenie reklamuje swoje usługi specjalnie dla szukających szczęścia. Można nawet wziąć udział w szkoleniu na ten temat, ale (niestety) trzeba zapłacić, bo na stronie darmowy jest tylko newsletter. Szkolenia zresztą są także w innych dziedzinach: rozwoju osobistego albo wpływania na życie swoje i innych. - Trudno, pomyślał Maciek, szukamy dalej. Dalej była strona z serwisu kobiecego "jaki mężczyzna da ci szczęście". Bohater z obrzydzeniem zamknął witrynę. Kolejna odsłona sieciowego szczęścia kusiła darmową (i elektroniczną) książką pod znamiennym tytułem "Tajemnice Szczęścia". Wydawnictwo zażyczyło sobie jednak, by w zamian za pozorną darmochę zapisać się w charakterze subskrybenta newslettera. Ponieważ Maciek - jako się już wcześniej okazało - nie był w ciemię bity, doczytał w regulaminie iż "w treści wiadomości email rozsyłanych do subskrybentów mogą znajdować się informacje reklamowe, o charakterze komercyjnym i niekomercyjnym", a ponieważ jak każdy zdrowy na umyśle człowiek spamu dostawać nie chciał, udał się na dalsze poszukiwania.

Dotarł do hodowli psów pasterskich "Szczęście Ty Moje" lecz szybko okazało się, iż berneński dobrostan kosztuje co najmniej tysiąc złotych. Mijał wirtualne pola i cybernetyczne lasy, minął książkę pana Pulikowskiego "Jak wygrać szczęście" bo w sieciowej księgarni chcieli za nią 12 złotych i 50 groszy. Mijał serca z bursztynu syntetycznego (poważnie) za 70 złotych z gwarancją szczęścia i szczęśliwe kamienie szlachetne dla każdego znaku zodiaku (ceny już od 50 złotych), ale szczęścia nie znalazł. Ponieważ zbliżamy się do morału, powinniśmy teraz uświadomić sobie, że morał jest dokładnie taki sam jak w tradycyjnej bajce: jeśli nie damy komuś szczęścia (na przykład w postaci 12 złotych i 50 groszy) sami szczęścia nie doświadczymy. I jest jeszcze jeden, bonusowy i gratisowy morał dla każdego z nas - w Internecie spotkamy bardzo, bardzo wielu różnych Maciusiów, którzy szukają tam szczęścia.


Aukcja władzy

No i stało się - pękła kolejna internetowa bariera. Polski rząd wszedł sobie na stronę portalu aukcyjnego i zrobił zakupy on - line. Nabyto osiemnastowieczny order Orła Białego, nie tylko wysadzany brylantami, lecz także należący w pewnym momencie swej burzliwej historii do Ignacego Paderewskiego. Transakcja odbyła się na platformie eBay, bo sprzedający mieszka w Stanach Zjednoczonych, zaś kwota zakupu to 7 tysięcy dolarów. Nabywca miał szczęście, bo w internetowym gąszczu operacja przeszła nadspodziewanie cicho, nie było więc konkurentów podbijających cenę. Sądząc zresztą po licytacyjnych cenach przedmiotów w stylu "magiczny, różowy laptop Dody" - order wyszedł nadzwyczaj tanio.

Nie nam oceniać sensowność zakupu: z jednej strony dobrze, że pamiątka po polityku - pianiście wróci do kraju, z drugiej - gdyby chciano kupować wszystkie polskie precjoza ze szlachetnymi kamieniami, zabrakłoby nie tylko budżetu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale pewnie i całego złota Fort Knox (jak w tym dowcipie o tabakierce Stalina z napisem "Rzewuski - Potockiemu"). Najciekawsze w całej sprawie jest jej sedno: władza zdecydowała się poszukać tego, czego pragnie w Internecie widząc bez wątpienia szeroką ofertę, nieograniczoną podaż oraz okazje, które już się nigdy nie powtórzą. Wszyscy obywatele powinni wobec tego stanąć na wysokości zadania starając się w miarę możliwości wystawić na sprzedaż to, co władzy może się przydać.

Jeśli więc ktoś (a pewnie ktoś taki jest) posiada tajną dokumentację, która zgubiła się gdzieś w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego powinien natychmiast założyć sobie konto i wystawić ofertę na Allegro. Najlepiej po cichu, bo jak uczy doświadczenie wtedy budżet państwa cierpi najmniej. Gdy ktoś jest właścicielem wanny albo kolejowego peronu w dobrym stanie - także w sieci może odnaleźć swoją niepowtarzalną szansę. Skoro na licytację da się wystawić batyskaf, to dlaczego nie miałyby się na niej znaleźć brakujące kilometry autostrad - eleganckie, równiutkie i gotowe do użytku.

Za przykładem centrali pójdzie na pewno władza lokalna - zawsze tak robi. Burmistrz Czech może więc sobie nabyć kilka husarskich koni, które zginęły mu ostatnio w gwarkowym pochodzie - łącznie ze zbrojami i piórami. W rozliczeniu mógłby (żeby było taniej) zaoferować kilka dyplomów opowiadających o tym jak też na Gwarkach 2008 było fajnie. Nie ma żadnych wątpliwości, że w starostwie też niejedno kupiliby na aukcji - byle tylko było. Żarty żartami, ale przykład z orderem dowodzi, że we współczesnym, zinformatyzowanym świecie pełnym szybkich i dynamicznych przepływów informacyjnych oczy należy mieć dookoła głowy. Wiedzieć - od razu, reagować - natychmiast. I zrozumieć, że Internet jednak istnieje. Mało tego - przydaje się do całkiem innych rzeczy niż opowiadanie o tym, że rocznicę uświetniono, sukces odtrąbiono, wstęgę przecięto, grabę uściśnięto a order przypięto. Zwłaszcza że opisywanym lokalnym orderom daleko jednak do tego z osiemnastego wieku, do tego który wisiał na piersi Ignacego Paderewskiego.


Różne - ware

Powiadają, że profesjonalne stanowisko komputerowe to takie, w którym cena software (zainstalowanego oprogramowania) przewyższa wartością hardware (samego komputera wraz ze współpracującymi urządzeniami). Może i tak jest, ale powoli musimy zacząć przyjmować do wiadomości, że ten soft i hard to jeszcze nie wszystko oraz że w swoich planach zakupowych uwzględniać będziemy musieli bardzo różne, inne ware.

Pierwsze ware dopada nas w markecie przy stoisku z żarówkami. Nowe kolorowe opakowanie dobitnie (przy użyciu naprawdę wielu barw) przekonuje, iż jest to właściwa żarówka przeznaczona specjalnie do pracy przy komputerze. Kupujemy więc od razu 10 bo przecież się przepalają. W meblowym też nowość - specjalna pomarańczowa ni to poducha, ni to podpóra, którą człowiek (po zakupieniu) może sobie położyć na kolanach i laptop od razu przestaje go uwierać. Następnie przychodzi do człowieka pan rysownik Ogiński który przynosi zdigitalizowane obrazy nie na jakimś tam nośniku flash, lecz na wypasionym pendrivie oprawionym w elegancką, na dodatek tłoczoną skórę. Trzeba więc polecieć do sklepu oraz nabyć identyczny, bo potem powiedzą że się nie jest trendy.

Przykłady można mnożyć w nieskończoność, bo doszliśmy do etapu w którym na komputerowo - sieciowym szaleństwie zarabiają już nie tylko producenci tego, co oczywiste, ale także fabrykanci żarówek, stolarze, kaletnicy, przedstawiciele przemysłu dziewiarskiego, zabawkarskiego czy budowlanego. Tak, tak: oferta wynajmu pomieszczeń biurowych pozbawiona zdjęcia listwy z połączeniami sieciowymi jest dziś kompletnie chybiona. W skrajnych przypadkach zarabia i dystrybutor wody jeśli weźmiemy pod uwagę grono wielbicieli podkręcania procesorów i chłodzenia ich potem za pomocą tego płynu. W pewnym sensie historia zatoczyła więc koło, bo współczesny wyciskacz potów z komputera przypomina średniowiecznego młynarza: obaj nie mogli ruszyć do roboty jak nie było porządnego prądu płynącej wody.

Mało tego - mikroprocesory rozpełzły się po wszystkich obszarach życia: telefon komórkowy za złotówkę ma więcej pamięci niż komputer który kierował lądowaniem pierwszych ludzi na srebrnym globie. Zegarek sam kontaktuje się z Internetem żeby zsynchronizować czas względem swojego atomowego wielkiego brata. Ogrzewanie w domu samo policzy (na podstawie pomiaru temperatury zewnętrznej) ile energii pobrać by było ciepło. Radio samochodowe wykryje zbliżającą się komórkę właściciela i samo przełączy rozmowę na głośniki, a procesory montowane są już nie tylko w żelazkach, sokowirówkach czy opiekaczach: tak naprawdę mogą być wszędzie - łącznie z dziecięcą latarką.

Można sobie ironizować z wszechobecności różnych komputerowych ware, ale tak jak nie ulega wątpliwości, że ułatwiają one życie, tak samo możemy pokusić się o kolejną historyczną refleksję. Z całą pewnością nie ma obaw, że te informatyczne maszyny wyeliminują nas z procesu pracy: dzięki nim roboty jest znacznie, znacznie więcej. Na stanowisku profesjonalnym i nieprofesjonalnym też.


Nie na temat

Ankiety, sondy i badania opinii publicznej rządzą się swoimi - często pokrętnymi - prawami. Nie należy więc okazywać zdziwienia, że na pytanie władzy miejskiej - "czy u zbiegu ulic Krakowskiej i Tylnej powinien stanąć pomnik", respondenci odpowiedzieli wymijająco. Na stronie internetowej ogłoszono bowiem komunikat o tak zwanych zdaniach podzielonych. Ponieważ należy łączyć, nie dzielić (nawet wspomniane zdania) przedstawia się poniżej koncepcję, która powinna zadowolić wszystkich, o co doprawdy w Tarnowskich Górach nader trudno.

Pomnik powinien więc być, ale jednocześnie powinno go też nie być. Proszę bardzo: bierzemy u zbiegu ulic stosowne łopaty i wykopujemy dół o głębokości czterech metrów, szerokości i długości zbliżonej do zdrowego rozsądku. Wewnątrz po ocembrowaniu umieszczamy figury gwarków tarnogórskich przy pracy, w otoczeniu naturalnym - podziemnym - w towarzystwie narzędzi górniczych (mogą być nawet oryginalne, bo wykopano tego w swoim czasie całkiem sporo). Górę zakrywamy szkłem pancernym, co pozwala nawet na poruszanie się po owym pomniku, dodajemy oświetlenie od dołu (ewentualnie z góry) - w wersji ostrożnej mogą być barierki. Gwarkowie są neutralni politycznie, światopoglądowo, wyznaniowo, a nawet erotycznie w odróżnieniu zarówno od ojców założycieli jak i lansowanych z uporem godnym lepszej sprawy magnatów. Nie ulega zresztą wątpliwości, że dobrobyt miasta to głównie ich zasługa.

Ponieważ wszyscy mają być zadowoleni - jako ukłon w stronę posła Głogowskiego, który wymyślił silver river pod Krakowską - powinno się dodatkowo (także pod ziemią) pokazać wodę ściekającą ze ścian - byłoby to nawiązanie do odwiecznej walki górnika z płynącym żywiołem. W wersji ostrzejszej możliwe jest zastosowanie płynącego strumienia. Pomysł powinien spodobać się też władzom miejskim - także tym drogowym. W końcu przy tak minimalnej ingerencji w podskórną substancję ulicy znikome jest prawdopodobieństwo, iż przybędzie nadzór archeologiczny i wyłączy deptak z ruchu na długie miesiące, co już się przytrafiło rynkowi.

Zachwyceni będą turyści, bo zwyczajnych pomników ci w Polsce dostatek, a kreatywność nadziemną trudno przebić - zwłaszcza jak się spojrzy w Łodzi na Rubinsteina - kletzmera grającego za "wrzuć monetę" albo na psa profesora Filutka w Toruniu. Osoby odpowiedzialne za estetykę pomnika także powinny być szczęśliwe - całkowicie odpadają tradycyjne czynności antygołębiowe w postaci sprzątania. Swoje otrzymają także radni, ponieważ koncepcja jest bardzo pojemna i każdy może dowymyślać ile zechce: puszczanie dźwięku kilofa przy pracy, widowiska światło i dźwięk oraz co tylko duża zapragnie. Dodatkowy bonus otrzymają tak zwani obalacze pomników, bo w razie czego niczego obalać nie trzeba - wystarczy zasypać i na powrót ułożyć nawierzchnię.

Niżej podpisany nic za ten pomysł nie chce, zaś wszelkie prawa autorskie przekazuje niniejszym po połowie burmistrzowi i przewodniczącemu Rady Miejskiej. W zupełności wystarczy mu świetna zabawa po tym, co wyjdzie z pomysłu na podziemny pomnik.


Witryna drogi

Pielgrzymka jest metaforą ludzkiego życia. Obrazuje drogę, którą każdy człowiek przechodzi od urodzenia do śmierci - mijając po drodze innych ludzi, emocje i wydarzenia. To także rodzaj wspólnoty dzielącej trudy, ale także wspólnoty wiary, bo i o nocleg, i o posiłek na trasie przecież nie tak trudno. Formę tę zna wiele religii (w niektórych jest wręcz obowiązkowa), zaś do miejsc świętych chodzono już w czasach starożytnych. Może dlatego grupa pielgrzymów przemieszczająca się niemal dokładnie tak samo jak pątnicy pół tysiąclecia temu kojarzy się z surową, dawną tradycją. I brakiem styczności z nowoczesną, sieciową technologią. Nieprawda - to już przeszłość.

Pielgrzymka bez teleinformatycznego wsparcia jest przeszłością już od kilku lat, jednak dopiero tegoroczne wakacje pokazały co udaje się zrobić przy pomocy Internetu i sieci GSM. A można sporo - po pierwsze: bez trudu można zlokalizować z dużą dokładnością gdzie konkretny pielgrzym się znajduje, bo jeden z operatorów komórkowych we współpracy z fundacją "Opoka" uruchomił odpowiedni system ze wsparciem na stronie www. Można więc śledzić z domowego stanowiska przy komputerze postępy na trasie każdej z grup.

Po drugie - na tym samym pielgrzymkowym portalu doszło do nieoczekiwanej zmiany ról - statystycznego pątnika zamieniono w fotoreportera. Na witrynę docierają bowiem (i to z prawdziwie internetową prędkością) MMS-y zawierające zdjęcia. Raz uczestników pielgrzymki, raz mijanych właśnie miejsc. Albo stałych fragmentów pątniczego życia: posiłków, odpoczynków czy modlitwy. Po trzecie - opisywana witryna e-pielgrzymka.pl zawiera też elementy życia społecznościowego: fora dyskusyjne czy znane z innych portali profile użytkowników z opisem ile też dana osoba ma do przejścia (i ile już przeszła). Nowi użytkownicy widoczni są na honorowym miejscu głównej strony - zupełnie tak samo jak na społecznościowych witrynach w rodzaju Naszej Klasy. Kwitnie wymiana doświadczeń taktyczno - technicznych oraz życie towarzyskie. Jest i krajowa mapa pielgrzymek - choć niestety jak na razie ogranicza się do sanktuarium częstochowskiego, a szkoda - bogactwo lokalnej tradycji pątniczej jest przecież przeogromne.

Zapędy komórkowo - internetowe hamuje nieco dział "komórkowy savoir-vivre" nakazujący wyłączenie telefonu także w czasie marszu, jednak nowoczesność pielgrzymowania z portalem nie podlega żadnym dyskusjom. Nawet sami autorzy strony z pewną dozą nieśmiałości tłumaczą się ze swojego przedsięwzięcia oraz argumentują na koniec: - Nowoczesne technologie na pielgrzymce? - Czemu nie? Kiedy dobrze zastanowić się na sensem całej operacji odpowiedź przychodzi sama. Skoro pielgrzymka ma być metaforą naszego życia to musimy zauważyć, że i życie zmieniło się w poważnym stopniu. W bardzo wielu przypadkach pełne jest komputerów, routerów, skanerów i wielu jeszcze innych erów w gąszczu których poruszamy się na co dzień. Pełne jest SMS-ów, MMS-ów, GPS-ów i GPRS-ów bez których kiedyś dało się działać, ale teraz jakoś już się nie daje. Internetowo - komórkowa pielgrzymka jest więc być może najlepszą metaforą życia internetowo - komórkowego.


Instrukcja

Wśród wielu form wypowiedzi słownej bogactwem możliwości wyróżnia się forma instrukcji użytkowania. Niżej podpisany miał zaszczyt przeczytać onegdaj instrukcję użytkowania sedesu przeznaczoną dla generałów wojska (w specjalnym i tajnym ośrodku wypoczynkowym dla generałów): dzieło obszerne, bogate w przymiotniki a nade wszystko wywołujące całą masę refleksji. Ostatnia z refleksji była taka, że na szczęście dla niżej podpisanego nie jest on generałem. W wojsku niejedno się od tego czasu zmieniło jednakowoż instrukcje powyższego typu dotarły ostatnio do Internetu.

Prym w kategorii "instrukcja roku" wiedzie bez wątpienia dokument nazwany "Instrukcja dla aplikacji do pobierania plików oraz przesyłania plików raportów do MSP przez serwer WWW" a wypełniać ją muszą obowiązkowo wszystkie firmy z udziałem kapitałowym Skarbu Państwa. Na początku trzeba się zalogować, a login jest prosty: podajemy regon podmiotu, który to regon ma 14 cyfr. Możliwe jest jednak, że jakiś wredny podmiot ma regon składający się nie z 14, a z 9 cyfr, ale i w tej sytuacji możemy sobie poradzić: dopełniając dziewięciocyfrowy regon pięcioma zerami. Hasło zdefiniowano jako ciąg znaków wybranych przez użytkownika, z wyjątkiem pierwszego logowania, kiedy to hasło jest dokładnie takie samo jak regon 14-cyfrowy, chyba że ktoś ma regon 9-cyfrowy, no ale wtedy wiadomo: dopełnia się zerami.

Następnie dowiadujemy się paru spraw na temat wiadomości: "wiadomości są w całości wyświetlane na ekranie, tzn. nie ma potrzeby ich "otwierania" aby zobaczyć treść wiadomości" oraz otrzymujemy odpowiedź na pytanie - co dzieli temat wiadomości od pozostałej treści. Otóż "temat wiadomości jest wytłuszczony i dzieli go od pozostałej treści linia odstępu". Z całą pewnością bez wytłumaczenia problemu linii oddzielającej użytkownik na pewno całkowicie by zgłupiał i zawiesił się bez możliwości restartu. Żeby utrzymać owego użytkownika w stanie podwyższonej formy intelektualnej system będzie za każdym razem wyświetlał całą listę wszystkich dotychczasowych wiadomości, jednak od czego mamy instrukcję: "Aby przy następnym zalogowaniu system nie rozpoczynał od wyświetlenia wszystkich przeczytanych już wiadomości należy na zakończenie czytania wiadomości nacisnąć przycisk <przeczytano> umieszczony na końcu ekranu z wiadomościami".

"Ekran" to ulubione słówko autora instrukcji, bo przecież "wysyłanie raportów i innych plików możliwe jest z ekranu uzyskiwanego po naciśnięciu przycisku <raporty>". W dalszej części dzieła opisano jeszcze jakie inne ekrany można uzyskać po naciśnięciu różnych przycisków. Zgrozę budzi kolejna sekwencja: "Na wskazany publiczny adres e-mail wysyłana jest tylko treść wiadomości, bez załączników. Dobrą praktyką jest zatem umieszczanie wszystkich informacji wyłącznie w plikach załączników". Ze zdania tego - zgodnie z zasadami logiki wynika, że dobra praktyka gwarantuje ze stuprocentową pewnością, że nic do adresata nie dotrze. Dociera za to kolejna refleksja: dobrze jest nie być generałem, ale prawdziwa rozkosz to odcięcie się od udziału kapitałowego Skarbu Państwa.


Vista wio

Niemal dwadzieścia lat temu pewien fanatyk związany ze środowiskiem komputera Amiga (a wiedzieć trzeba, że było to środowisko wrogie wszystkiemu co przypominało PC, zaś raczkujący dopiero system Windows w szczególności) stwierdził, że blaszana konkurencja oprogramowana przez Microsoft potrzebuje dwudziestu lat, by dogonić ową Amigę. Faktem jest, iż system operacyjny Amigi przerastał prehistoryczne okna o wiele, wiele długości - gadżecik w postaci oczu ulokowanych na belce narzędziowej (no i ma się rozumieć śledzących kursor) już wówczas nie był w niej niczym szczególnym.

Ponieważ kilkanaście miesięcy dzieli nas od polskiej premiery łaskawie panującej w świecie okien wersji Vista, powinniśmy pokusić się o próbę podsumowania. Po pierwsze więc - system na pewno jest stabilniejszy niż poprzednie wersje, pracuje sprawnie i lepiej radzi sobie ze sterownikami wszelkiego rodzaju urządzeń peryferyjnych. Jak zwykle ma znacznie wyższe wymagania sprzętowe: potrzebuje lepszego procesora, szybszej karty graficznej i znacznie więcej miejsca na dysku twardym. Jest estetyczniejszy - choć do tej pory specjalistom zatrudnionym w Redmont niespecjalnie z wyrafinowanym gustem graficznym było po drodze.

Bez wątpienia Vista jest systemem nakierowanym na użytkownika: świadczy o tym łatwość, z jaką wygrać można z komputerem w dołączone szachy (przy ustawieniach domyślnych). Pozbawia to nabywcę wszelkich kompleksów, choć nawet przy imponującej statystyce nie powinno się jednak siadać do szachownicy z Darkiem Świerczem. Vista to także zabawka dla gadżeciarzy: boczny pasek stanowi nieograniczone pole do popisu w ulepszaniu. Jednych zafascynują najnowsze wiadomości prosto na pulpit, innych kosz wielkości przeciętnego słonia, jeszcze innych podgląd z kamerki w miejscowości Kingston na Jamajce. Są i znane sprzed dwudziestu lat amigowe oczy śledzące ruchy myszką, co stanowi dobitny dowód, że to co gorsze wreszcie dogoniło coś, co było lepsze.

Sukces Windows jest nie tyle osiągnięciem informatycznym, ile marketingowym. Widać to wyraźnie na laptopach amerykańskiej armii (wymuskanych, w aluminiowych obudowach, z pamięciami flash zamiast twardych dysków) opatrzonych standardowo napisami "Dell" oraz "Windows", ale i w niemal każdym europejskim biurze. Także w biurach urzędników Unii Europejskiej, która - rzecz jasna - oficjalnie popiera konkurencyjnego i darmowego Linuxa. Lekcja udzielona światu przez Billa Gatesa zaczyna się od stwierdzenia, że nie sztuka zrobić, lecz sztuka sprzedać. Potem William mówi nam, że procesy zachodzące w świecie informatyki czy sieci mają swoją ciągłość, którą trzeba zrozumieć. Wykład kończy się stwierdzeniem, że najważniejsza na tym rynku jest determinacja. Właśnie z tych trzech powodów jesteśmy skazani na windowsowego bluesa, który mimo ewidentnych postępów wciąż mógłby być o wiele lepszy. Lepsza dwadzieścia lat temu Amiga skończyła na śmietniku historii, bo w porę nie wykorzystano serii szans. Bo ktoś, kto kupił dobrą firmę nie bardzo wiedział co z nią zrobić. I dlatego do przodu poszło coś zupełnie innego: poszło - wio.


Berdyczów

Miasta Ryga i miejscowości Berdyczów pozornie nic nie łączy. Pozornie, bo obydwa te skupiska ludzkie na trwałe weszły do potocznej, choć nieco już zapomnianej mowy. Powiedzonko "pisz do mnie na Berdyczów" pochodzi z XVIII wieku, gdy w miejscu owym organizowano przeliczne jarmarki, a co za tym idzie także tymczasowe kwatery, których tymczasowość uniemożliwiała skuteczne dostarczenie przesyłek listowych. Adresat powiedzonka miał więc w oględny sposób zrozumieć, że wymiana myśli z nim nie jest mile widziana, ma się odczepić, a mówiąc współcześnie - spadać.

Minęły wieki, komunikacja między ludźmi weszła za sprawą Internetu na orbitę poczty elektronicznej. Łatwej, szybkiej, prostej i wygodnej. Myli się jednak każdy, kto uważa, że obyczaj pisania na Berdyczów upadł: jeden z luminarzy kultury powiatu tarnogórskiego (na ten przykład) szczerze zachęca na swojej stronie www do kontaktów mailowych. Pisze, iż z radością czyta, czeka i tak dalej. No i z całą pewnością odpowie na wszystko, co tylko ludziska do niego napiszą. Sęk w tym, że nawet wyjątkowo dokładna analiza witryny wykazuje kompletny brak adresu pocztowego w jakimkolwiek miejscu.

Inny właściciel strony podaje swój adres w postaci zaszyfrowanej. Zamiast znaku @ umieszcza w eleganckim nawiasie słówko "at". Zmyła (jak sama nazwa wskazuje) ma służyć zmyleniu robotów spamowych dzień i noc penetrujących globalną sieć w poszukiwaniu jeleni zasypywanych później niechcianą pocztą reklamową. Adres taki maszyna zdobywa na stronie www lub innymi tajemnymi sposobami. Ale zmyła myli także mniej wyrobionych użytkowników sieci, którzy potem z uporem godnym lepszej sprawy próbują w polu adresu programu do wysyłania poczty wpisać owo "at" z czego wychodzi klasyczne pisanie na Berdyczów. Niestety - chytre automaty od spamu już dawno nauczyły się nowej sztuczki, więc one piszą jednak tam gdzie trzeba, a jeśli kogoś męczy spam powinien raczej zastanowić się nad porządnym filtrem na serwerze, a nie zastępować małpy nawiasem.

Na Berdyczów pisała też maile swego czasu Platforma Obywatelska: chodziło o bardzo poważną petycję w bardzo poważnej sprawie. Elektronicznych listów wysłano setki. Ujednoliconych, uprzejmych lecz stanowczych. W ferworze politycznych rękoczynów zapomniano jednakowoż, że adresat nie posiada nawet konta bankowego, a co dopiero mówić o obsłudze Outlooka. Politycy z górnych półek (od czasu do czasu pokazywani podczas naciskania klawisza enter, który - dajmy na to - inicjuje podpis elektroniczny) wpatrują się w ekran dziwnie nieprzytomnym wzrokiem. Od razu widać, że sprawy maili załatwiają asystenci, sekretarki lub gabinet polityczny.

"Pisz pan na Berdyczów" - takim tytułem nazwano jeden z działów jednego z miejskich forów. Formułka oznaczać ma sprawy nie wymagające odpowiedzi, nieistotne, bzdurne. Tytuł zgrabny, jeśli jednak spojrzy się na większość forów dyskusyjnych - można raczej dość do wniosku, że pasuje tam bardziej inne powiedzonko. To o Rydze.


Ekranowanie

Telewizyjny ekran starego typu ma proporcje 4 do 3: to pamiątka po czasach, gdy kineskopy były - jak to z większością lamp bywa - okrągłe. Na ekranach tych emitowano czasem panoramiczne kinowe westerny ściskając cały obraz. W związku z tym do dziś żyją ludzie, którzy uważają, iż Clint Eastwood jest chudy jak modliszka i ma trzy metry wzrostu. Ostatnimi czasy odbiorniki stały się znacznie bardziej panoramiczne, co powoduje zjawisko odwrotne: prezenter Kret wygląda jak gdyby miał kilka metrów obwodu, zupełnie jak dąb "Bartek". Lecz to wszystko nic z porównaniu problemami wyświetlania stron www.

Upraszczając nieco możemy przyjąć, iż komputery PC z rodziny 286 pracowały w rozdzielczości ekranu równej 640 pikselom na dłuższym boku. Gdy nastała era Pentium 200 obowiązywał standard mówiący o 800 pikselach; dziś - w dobie dwu- i czterordzeniowych rozwiązań dłuższy bok ekranu ma na ogół 1024 lub 1280 punktów. Autor strony internetowej, zwłaszcza w momencie gdy nie ma wyraźnie określonej większości użytkowników wybierających jakąś rozdzielczość ma więc trzy wyjścia: może zrobić ją z marginesami po lewej i prawej stronie, pozwolić by wystawała poza zasięg ekranu lub umożliwić automatyczne formatowanie tekstu oraz grafiki. Ostatnie z tych rozwiązań większość twórców odrzuca, bo nic ich tak nie razi, jak strona poza kontrolą graficzną; drugiego nienawidzą sami internauci, bo o ile łatwo jest przewijać stronę w górę i w dół, o tyle kierunek lewa - prawa wygodny nie jest.

Oczywiście - nie byłoby problemu, gdyby - wzorem większości aplikacji typowy język strony nie był podatny na zmianę rozdzielczości. Trudno jednak ukryć, że - mimo wielu zmian - html wciąż wygląda, jak gdyby zrobiony został na kolanie i do zupełnie innych celów. Mamy więc tysiące stron, które oglądane na innym komputerze nagle wzbogacone zostają o dziwne - czasem bardzo szerokie - marginesy. Czasem trafi się strona, która wystaje znacznie poza obrys okna przeglądarki. Czasem - a dotyczy to stron, które w nie zmienionej postaci działają od wielu lat - więcej jest pustego miejsca niż właściwej treści.

Żeby było weselej (i bardziej multimedialnie, bo przecież wiele osób ogląda przy pomocy swojego peceta filmy) mamy już monitory, których proporcja boków wynosi 16 do 9. Typowa strona www może więc dorobić się prawdziwie gigantycznych marginesów lub - na odwrót - zmuszać czytacza do ciągłego przewijania w pionie. Problemy te przypominają nieco przypadek pewnego radzionkowskiego przedsiębiorcy, który wielokrotnie żądał dodania bardziej czerwonego koloru do swojej strony ponieważ jego uszkodzony monitor wyświetlał tę barwę wyjątkowo słabo. Osiągnięto co prawda (stosując jako wzorzec jego monitor) zadowalający efekt, jednak cała reszta świata - posiadająca dobre monitory - wariowała z nadmiaru czerwieni. I jeśli jest w tej sprawie coś pocieszającego, to tylko to, że monitory zajmują nam na biurkach coraz mniej miejsca i stają się tak chude jak Clint Eastwood na starym, socjalistycznym telewizorze.


Łeb z wody

Gazetowa opowieść czasu ogórkowego zaczyna się tradycyjnie od spokojnej tafli wody, którą niespodziewanie mąci wynurzający się z głębin łeb potwora. W skali globalnej potworem jest oczywiście taki jeden z Loch Ness, choć funkcjonuje i wersja krajowa, gdzie rolę tajemniczego stwora pełni Paskuda z Zalewu Zegrzyńskiego - jak gdyby samo przebywanie w okolicach Zegrza nie było wystarczającą potwornością. Bieżący sezon w wodne potwory nie obrodził, jednakowoż w ich rolę wcielają się różnorakie zjawiska zaobserwowane przez żurnalistów w Internecie.

Pierwszy łeb wynurzył się już kilka tygodni temu, potworem zaś została strona internetowa wielkiego banku. W banku - jak to w banku - ktoś się pomylił i wierna widownia sieciowa zamiast tej co zawsze witryny ujrzała serwis użytku wewnętrznego z licznie reprezentowanymi danymi osobowymi. Rozległy się więc głosy o złamaniu ustawy o owych danych, pomstowanie oraz liczne proroctwa, iż teraz to już mamy Sodomę a nasze dane nieszczęsne dostępne będą dla każdego i zawsze. Problem - nawet jeśli jest - nie przekracza swoim ciężarem gatunkowym schowanej pod powierzchnią szkockiego jeziora Nessie: trudno dopatrzeć się w sprawie jakiejkolwiek afery. Szkody zaś - nawet jeśli były - zweryfikuje czas. Wszak nawet w tarnogórskim starostwie i to już cztery lata temu doszło do podobnego wypadku - stronę zewnętrzną ktoś zamienił na wewnętrzną, więc przez kilka godzin internauci buszowali po zarządzeniach starosty czy spisie telefonów. Wynikał z tego tylko jeden wniosek: nie wszystkie nazwiska urzędników napisano prawidłowo, zaś jedną z nagranych wówczas kopii dysponuje niżej podpisany (ostatnie zdanie napisano na użytek pani Majsterek, gdyby miała zamiar twierdzić, iż wcale tak nie było).

Drugi łeb z wody wynurzył się przybierając postać nowelizacji ustawy dotyczącej między innymi prawa autorskiego. Z plotek, pogłosek i przesłuchów ogólnopolski dziennik wysnuł przerażający wniosek - namierzeni, schwytani i napiętnowani z pirackiego paragrafu użytkownicy sieci będą mogli zostać ukarani zakazem użytkowania Internetu. Nie wiadomo co prawda jak mogłoby to w praktyce wyglądać, bo o ile da się kogoś odciąć od Protonetu, o tyle nie sposób wymagać od obsługi kawiarenek, by konfrontowała każdego odwiedzającego z krajowym rejestrem skazanych na odcięcie. Daleko zresztą polskiemu systemowi prawa do aż tak kreatywnych rozwiązań amerykańskich i tekstów o zakazie zbliżania się do kogoś na odległość mniejszą niż 50 stóp możemy sobie co najwyżej posłuchać na filmie "Szklana pułapka".

Ponieważ wakacje trwają w najlepsze, niejeden zapewne łeb sieciowy pojawi się na medialnej powierzchni. W związku z powyższym zaleca się zachowanie spokoju - w końcu to dzięki Internetowi kwitnie w kraju wewnętrzna turystyka, łatwiej nam poznać wszystko, co proponuje zagranica, a wczasowicze otrzymali tego roku ofertę bogatą jak nigdy dotąd. No i na prognozy pogody nie trzeba czekać aż do dziennika. Powierzchnia sieciowej wody jest płaska, równa oraz spokojna, nic do niej nie wpada, nic się nie wynurza. Można surfować.


W co nie grać

Każda porządna gazeta powinna od czasu do czasu opublikować recenzję jakiejś gry komputerowej. Robią to nawet opiniotwórcze tygodniki polityczne, miesięczniki dla ludzi sukcesu a nawet prasa kobieca. Recenzja powinna być w stylu babki, co to na dwoje wróżyła: produkcja jest niezła, ale ma wady; jest doskonała, ale trzeba coś poprawić. Wtedy ani wydawca się nie obrazi, ani gracz pretensji miał nie będzie. Ponieważ niniejszy tekst jest - w dziedzinie krytyczno - dżojstikowej debiutem niżej podpisanego, uprasza się o wyrozumiałość gdyby coś było nie tak jak trzeba.

Gra nazywa się "Detektyw Rutkowski", opakowana jest w miarę porządnie (folia), kosztuje 7 złotych i 50 groszy. Na tym jednakowoż kończą się dobre wieści, bo produkcja stanowi festiwal niewykorzystanych szans. Najważniejszą szansą były swojskie klimaty, których w grze ewidentnie brak. Zupełnie pominięto pobyt Krzysztofa Rutkowskiego w bytomskim areszcie, a przecież każdemu z nas zrobiłoby się cieplej na sercu mogąc zobaczyć na ekranie charakterystyczny budynek na rogu Powstańców Warszawskich. W końcu i "dziewiętnastka" tamtędy jeździ, i speed niebezpieczna prędkość 820 z Katowic też. Są za to jakieś oderwane od rzeczywistości misje: aresztowanie dilerów czy odbijanie zakładników.

Całkowicie pominięto w rozgrywce najważniejsze elementy pracy detektywa: występy w telewizji publicznej i komercyjnej, wywiady dla prasy, nakręcanie ostrych reportaży z akcji (bomba - gleba, gleba - bomba), sejmowe przemowy oraz - tak istotne w pracy dochodzeniowej - podkładanie swojego głosu w amerykańskim ( z niemieckimi podtekstami) filmie dla dzieci. Nie ma w grze ani słowa o zakładaniu szkół dla adeptów ochroniarstwa pod medialnym nazwiskiem. Ciekawy jest za to romantyczno - sentymentalny wydźwięk reprezentowany przez grafikę. Wielu osobom w podeszłym wieku przypomni zapewne miłe chwile spędzone nad grami "Wolfenstain 3D", "Doom" czy "Heretic" i w tym sensie produkcja stanowi wdzięczny powrót do przeszłości. W sferze tak zwanej grywalności (przyjemności czerpanej z prowadzenia gry) omawiany produkt plasuje się daleko w tyle za wymienionymi wcześniej. Cała przepaść - niestety na jego niekorzyść - dzieli go od obecnego w systemie Windows pasjansa (namiętnie i bezkrytycznie uprawianego we wszystkich biurach, sekretariatach i dyrektorskich gabinetach świata) czy nieśmiertelnego wisielca.

"Detektyw Rutkowski" nie ma szczególnych wymagań systemowych i idzie na czym się tylko da, korzystnie wygląda na półce czy w kontenerze z płytami CD - głównie za sprawą kreskówkowego wizerunku głównego bohatera K.R. trzymającego w dłoni dymiącą jeszcze spluwę. Widok ten może być powodem wielu ciekawych refleksji, także tej wyrażonej onegdaj w powiedzeniu "jakie czasy - tacy idole". Jeśli więc ktoś chce w Rutkowskiego zagrać (czyli w Rutkowskiego się wcielić) - polecamy tę grę, jeśli nie chce - stanowczo odradzamy. Ktoś powie, że to felieton na sezon ogórkowy. Może i tak, a może trzeba przemyśleć nowe powiedzenie - jacy idole - takie felietony.


Definicja

- A jak nazywa się twój kot? - Sokrates. - No, brawo - widzę, że interesujesz się brazylijskim futbolem. Cytat z komedii stanowi niezłą ilustrację zjawiska zmiany znaczenia różnych pojęć, wśród których pojęcia o internetowym rodowodzie wiodą prym. Na dźwięk słowa "portal" nawet dopiero co odhibernowany profesor historii architektury nie wyobraża już sobie ozdobnego obramienia drzwi, lecz napakowaną informacjami stronę web. W dodatku tendencja ta pogłębia się i wszystko wskazuje na to, iż w najbliższej przyszłości mieć będziemy co najmniej kilka dodatkowych regionalnych portali.

Portal regionalny to taki, którego tematyka krąży wokół spraw obszarowo powiązanych - tak mniej więcej - z województwem bądź krainą geograficzną. Portal lokalny zaś koncentruje się na sprawach miasta bądź powiatu. Dopiero co poczęte portale śląskie kierują więc obfitą korespondencję do portali miejsko - powiatowych wykazując przy tym sporą determinację. Pierwszy poczęty najpierw napisał e-mail, a gdy nie udzielono mu odpowiedzi - zadzwonił. Odpowiedzi nie udzielono mu, ponieważ łaskaw był w tak zwanej propozycji współpracy naopowiadać bzdur, iż jest jedyny tego typu oraz najwspanialszy, zaś prosta analiza jego treści wykazała coś zupełnie odwrotnego. Mamy przecież - i to od dawna - całkiem przyzwoity górnośląski portal MMSilesia, realizujący z dużym powodzeniem ideę dziennikarstwa obywatelskiego. Mamy Silesia Region, choć samorządowy, lecz całkiem sprawnie pracujący wortal Urzędu Marszałkowskiego. Wspaniałość nowego tworu także w znacznym stopniu odbiegała od przyjętych norm ideału. Później mail przysłała konkurencja z kolejnego powstającego portalu śląskiego. Przemiła pani Kowalska (my name is John Smith) zaproponowała powiatowemu portalowi bez ogródek: - Na początku nasza współpraca mogłaby polegać na promocji Państwa treści w naszym serwisie, aby to zrobić wystarczy umieścić odpowiedni kod przy artykule by umożliwić łatwe i szybkie jej dodanie.

Tłumacząc propozycję na ludzki język i porównując ją do nieco innych czynności można powiedzieć pani Kowalskiej, iż w ramach promocji otrzymuje właśnie możliwość bezpłatnego wypielenia ogródka niżej podpisanego (bo okropnie zarósł; ogródek, nie niżej podpisany), co może uczynić najlepiej natychmiast, przyjeżdżając ze stosownymi rękawicami i w stroju roboczym.

Propozycja trzeciego rodzącego się portalu nie została nawet do końca przeczytana, ponieważ już na początku zawierała podobne przechwałki bez pokrycia (mamy oglądalność) oraz propozycje ciężkiej pracy całkowicie za darmo. To że